Bo dobro zawsze wraca! Każdy z nas jest zbiorem części, które nie zawsze do siebie pasują. Zaprzepaszczone szanse, ostygłe pragnienia, kłamstwa i prawdy, a wszystko to przemawia nerwicami, zatraconym instynktem przetrwania, samotnością do imentu.
Magda KUCZMA rozmawia z Krzysztofem RYFĄ o malarstwie, nałogach i galerii
Krzysztof jest fantastycznym człowiekiem, ale wszyscy, którzy Go znają wiedzą, że trudno się z Nim umówić. Nie odbiera telefonów, nie odpisuje na sms-y, jest niepunktualny. Sprawia wrażenie wiecznie zabieganego, z głową pełną pomysłów i… chaosu. Tym razem jednak przyszedł dokładnie o tej, o której zapowiedział.
Idealnie! Jak to się stało?
– Pracuję nad sobą. Staram się być konsekwentny, ale wiesz, jak to jest. Cały tydzień na przykład nosiłem się z zamiarem dzwonienia do ciebie… Bo przeczytałem artykuł… Ale obrazy też malowałem, mam teraz wystawę w czerwcu, a to jakieś zebranie w szkole… Ciągła gonitwa.
Gdzie będziesz miał tę wystawę?
– W Mosinie. To jest Galeria Miejska pod patronatem Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu.
Ile obrazów pokażesz?
– 8-12 dużych i 3-6 małych jako przerywnik, oddech, notatka, pocztówka, zapis, taka perełka mała między dużymi pracami. Wiesz, brak kontrastu powoduje schemat, to tak, jak w utworze muzycznym. Czujesz dźwięk mocniej, ciszej. Malarstwo można porównać do muzyki właśnie, albo książki. Czytasz opisy przyrody, są kłótnie, wrzaski, napięcie, jakaś miłość, dreszczyk, wypadek, próba samobójcza…
A’propos, sparafrazuję Myśliwskiego – Nie rób tego. Powiesiłem się i nie widzę różnicy. No właśnie. Skąd te ślady na rękach, to nie skaryfikacja…
– To takie tam, zaraz po ślubie, a tu – 7 szwów, a ten krzyż, to przypadek.
Wróćmy do obrazów, są jak książki…
– W nich jesteś prowadzony strona za stroną, podobnie z obrazem, też go musisz czytać. By był ciekawy, potrzebna jest w nim historia, opowieść. Sama wiesz. Są różne mody, czasami jest w cenie to, potem coś innego…
Van Gogh nie sprzedał za życia obrazu. Teraz jego dzieła osiągają zawrotne ceny i to jest – jak mawiał Nowosielski – bluźnierstwo w obliczu jego cierpienia! Dobrze, że świetne dzieła są drogie, ale drwiną jest, że za życia artysta za tę samą pracę nie miał niczego, albo co najwyżej łatał zyskiem dziury na tyłku.
– To prawda, niestety. Ale mimo to sensownym jest tylko robić swoje. Wszystko musi wynikać z wnętrza, to, co szczere, zawsze będzie aktualne, prawdziwe, wartościowe. Coś, co jest na chwilę, jest jak miłość, która szybko przemija. A są miłości, które siedzą w człowieku całe życie, mimo że nie jest się już z tą osobą, pozostaje to ciepło, zimno, rozmowy lub ich brak, jakieś ciche dni, zrozumienie albo niezrozumienie, w każdym razie jakaś wspólna droga.
Jesteś niespokojnym duchem, wciąż gdzieś cię gna.
– Biorę, co mi życie przynosi. Nie mam planu. Raz jestem tu, raz tam, dmuchawiec, Cygan. Maluję chwile, nie interesuje mnie do końca temat, tylko wrażenie, kolor, faktura, światło. Dobra kawa…
Ostygła już.
– Lubię też coca colę. Jakbym pił wino, w martwych naturach stawianych przeze mnie stałyby butelki od wina, a tak maluję coca colę, od niej jestem uzależniony, nie od żadnych używek, już nie. Wolę być w pełni świadomy.
Nie zawsze tak było…
– Kiedyś czułem się niedowartościowany, dużo piłem, miałem pretensje do świata, spadałem, robiłem chałtury, nie malowałem, albo malowałem tylko rzeczy, które schodziły.
Podobno upadek, to naturalny stan świata.
– Niektórzy artyści wyjeżdżają za granicę, tam szukają siebie. Ja też myślałem, że jak wyjadę, to przestanę pić.
Bo jak człowiek już nic nie może, to zawsze się jeszcze może oszukać…
– Tak, ale mój problem był zawsze ze mną. Na szczęście wziąłem się za siebie, potrzebowałem czasu, by się oczyścić.
Jak długo nie pijesz?
-11 lat. Dalej zdarzają się doły. Siedzę na moim strychu i zastanawiam się, czy to wszystko ma sens. Ale potem robię jakąś fajną wystawę i znów jest dobrze.
Mówisz – na strychu. Mieszkasz na poddaszu, czy masz w takim miejscu pracownię?
– Pracownię, a mieszkam w wynajętej kawalerce, trochę się szwendam. Przepisałem wszystko najbliższym, przecież niczego nie wezmę do grobu.
Omnia mea mecum porto – wszystko, co posiadam, noszę z sobą.
– Nie nadgonię straconych lat, ale mogę robić to co kocham – malować. Niektórym się udało, zostali np. na uczelni, pięli się po szczeblach, są profesorami, a ja miałem wielką dziurę w życiu, ale z uczelniami mam kontakt, przyjaźnię się z wykładowcami. Zawsze wiedziałem, że moim przeznaczeniem jest sztuka. Błądziłem jednak. Różnie było w relacjach międzyludzkich, a mimo to sztuka nigdy mnie nie zdradziła, malowałem, pisałem poezję, choć ta szła do szuflady, a obraz zawiśnie na ścianie i niczym go nie zasłaniasz. Czasami mówią mi ludzie, że mają mój obraz – nie pamiętam który, albo idę ulicą wieczorem, okna nie są zasłonięte i widzę, wisi coś mojego.
Tak, wiem… Ale robiłeś różne rzeczy, nie zawsze była sztuka.
– Życie mnie zmusiło do tułaczki. Francja, Niemcy. Sprzątałem piwnice, kosiłem trawę u hrabiny, roznosiłem zaproszenia na wystawy… Dorobiłem się czegoś i wszystko zostawiłem. Z domu wyszedłem z niczym. Wynajmuję pokój i co mi więcej do szczęścia potrzeba?
I naprawdę nie potrzebujesz czegoś absolutnie własnego?
– Ale ja jeszcze nie skończyłem, chcę mieć swoje miejsce i do tego będę dążył. Mam strych, ogród, wprawdzie zarośnięty, ale go uporządkuję i zrobię wiatę, pod którą będę mógł malować.
Masz już uznanie wśród artystów, przyszedł teraz czas na stabilizację materialną.
– Idę na emeryturę, więc przyjdzie czas i na to. Przede wszystkim jednak cieszę się, że się odnalazłem. Nieraz jest ciężko, na plenerach ludzie piją, chciałoby się odprężyć, ale wiem, że nie mogę, że puściłyby hamulce, najpierw byłaby euforia, potem smutek, picie zmienia nastój, a potem znalazłbym się na bocznym torze.
Artysta odgrodzony od świata murem gorzkich doświadczeń, chowa się w głąb siebie, tam kreuje alternatywny świat broniąc się przed upadkiem. Ten paranoiczny autyzm okupiony jest często okrutnym cierpieniem…
– No właśnie. Teraz wiem, że trzeba brać od życia to, co dobre, nie martwić się zanadto, nie wyszło coś dzisiaj, wyjdzie jutro. Trzeba być otwartym, cieszyć się ludźmi. Chętnie pomagam, zwłaszcza młodym. W nich jest tyle świeżości, prawdy. Nie mają pewnych manier, nie są zepsuci.
Jesteś wychowawcą, lubią cię dzieciaki?
– Lubimy się wzajemnie. Staram się je rozumieć. Dorośli popełniają błędy, a dzieciaki przecież uczą się dopiero życia, szukają granic, próbują ile mogą. To świetni psychologowie, wyczuwają bezbłędnie człowieka. Mówię im: nie ja was prowadzę, ale życie, więc bądźcie dobrzy, bo dobro zawsze wraca. Pamiętajcie, trzeba mieć zasady!
Dobro, jedyna rzecz, która mnoży się przez dzielenie.
– Więc warto coś zrobić nawet dla jednego człowieka.
Chrześcijańska postawa.
– Mój wujek był księdzem, służyłem z nim do mszy.
Chodzisz do kościoła?
– Chodziłem. Lubię ludzi, ale czuję się wolny, w sumie jestem samotnikiem, zakładam maskę wesołka, to tu, to tam, a tak naprawdę mam swój osobny świat, w którym jestem tylko ja. Tłum ludzi mnie przeraża.
A kiedy kościół jest pusty?
– Wtedy tak. Lubię chodzić do świątyń, ale Boga widzę wszędzie, zwłaszcza w przyrodzie. Jak jadę samochodem, odmawiam Aniele Boży, stróżu mój, proszę, by mnie chronił i nigdy nie miałem wypadku. Wierzę silnie. Nie spowiadam się, bo księża są normalnymi ludźmi, sami mają swoje słabości. Lubię ich bardzo, słowa złego nie powiem. Rozumiem tę strukturę – to jest jak mafia, nie wsadza się kija w mrowisko, trzeba być lojalnym.
Młodzież często odwiedza Galerię 33. Jak to się stało, że powstała?
– Z Tadziem Gaworzewskim należałem do Kolejowego Domu Kultury, najpierw sami się uczyliśmy malować i rysować, potem to my prowadziliśmy zajęcia i powstałą Galerię 80. W 81 wzięli mnie do wojska, stan wojenny zastał mnie właśnie tam. Byłem plastykiem pułkowym, miałem dobrze. Marzyłem cały czas, by stworzyć własną galerię. No i udało się w końcu. W czerwcu będzie 6 lat od jej powstania. Gościmy ludzi z całego świata, to bardzo cieszy.
Masz dar do scalania ludzi, generowania wydarzeń.
– Staram się być przyjacielski, jestem goszczony w prywatnych domach, bywa to krępujące, ale bardzo przyjemne. Szkoda tylko, że czasami na naprawdę świetnych imprezach jest tak mało ludzi.
Kolosalna produkcja artystyczna i nawyki warsztatowe tworzą pozory, powstają prace sprawne, ale nie ma to wiele wspólnego ze sztuką prawdziwą. Rynek stosuje sztuczki, do których rzeczywistość artystyczna ma się nijak. Dlatego właśnie najlepsze rzeczy są zwykle kameralne.
– Masz rację, taka intymność pasuje zresztą do Galerii 33, tam jakby czas się zatrzymał w XIX wieku. Kiedyś chciałem na elewacji zrobić taki obraz w sepii, z kobietą ubraną w długą suknie, z dorożką… Nie pozwolono mi na to.
Może brakuje temu miejscu też reklamy? Nie każdy wpadnie na to, że srebrny rower na chodniku jest zaproszeniem do środka, zwłaszcza, że trzeba się wspiąć po krętych schodach, by zobaczyć czarowne wnętrze.
Będzie niedługo tablica informacyjna, widoczna z ulicy.
Czekamy więc na nią i kolejne znakomite wystawy.
■ Magda Kuczma



