Problemem nie jest to, że mamy inne spojrzenie na wiele spraw ani nawet to, że nie przyjmujemy argumentów naszych rozmówców. Problemem jest to, że uwierzyliśmy, że ten z innymi poglądami jest naszym wrogiem.

Wieść gminna niesie, że po odprawionej w ostrowskiej konkatedrze mszy świętej w intencji śp. Pawła Adamowicza, jeden z najbardziej zawziętych, że czasami aż niegrzecznych radnych, chociaż nie była to wigilia, przemówił ludzkim głosem. Mówić miał o potrzebie zmiany sposobu dyskusji i innych oczywistych rzeczach. Oczywistych dla nas i dla większości obserwujących obrady ostrowskiej Rady Miejskiej mieszkańców Ostrowa. Cieszyć się tylko należy, że młody euroentuzjasta przejrzał na oczy i to już po jednej wizycie w kościele. Pytanie jednak brzmi: czy naprawdę mamy szansę na zakopanie rowów dzielących Polskę wszerz i wzdłuż?

reklama

Nie chcę być złym prorokiem, ale osobiście czarno to widzę. Mój brak wiary wynika z obserwacji i doświadczeń z minionych lat. Pamiętają Państwo wielką konsolidację narodu, gdy do domu Ojca odchodził Jan Paweł II? Pamiętają Państwo biało-czerwone morze, które zalało Polskę po katastrofie samoleńskiej, która pozbawiła liderów – o czym, zdaje się, wielu nie pamięta – nie tylko Prawo i Sprawiedliwość, ale wszystkie liczące się partie, wojsko i wiele innych organizacji społecznych? Na jak długo starczyło nam sił, by być razem? Jak długo trwała ta nasza narodowa jedność, zanim rozpętała się kolejna odsłona polskiego piekiełka?

Doszliśmy do takiego miejsca, w którym nawet rodzinny, niedzielny obiad kończy się wojną domową, bo podzieleni są nie tylko obcy sobie Polacy, ale także ci sobie najbliżsi. Dlatego, proszę wybaczyć, ale apele tych, którzy jeszcze niedawno nawoływali do dorzynania watahy, nie brzmią dla mnie wiarygodnie.

Bo problem nie leży w tym, że się różnimy. Problemem nie jest to, że mamy inne spojrzenie na wiele spraw. Problemem nie jest nawet to, że nie przyjmujemy argumentów naszych rozmówców (chociaż nad tym akurat warto popracować). Problemem jest to, że uwierzyliśmy, że ten z innymi poglądami jest naszym wrogiem! A najgorsze jest to, że ani przez chwilę nie zastanawiamy się, komu uwierzyliśmy i dlaczego ów ktoś od lat stara się jak może, byśmy sobie tego pytania nie zadali.

Bo chyba wszyscy jesteśmy co do jednego zgodni: ortodoksyjny wyznawca Obywatelskości, czy to platformianej, czy nowoczesnej, czy też koalicyjnej, na zwolennika PiS patrzy, jak byk na czerwoną płachtę. I odwrotnie. Przeciętny zwolennik Jarosława, Antoniego czy innych prawych i sprawiedliwych z definicji odrzuca to, co oferują „oni”, tylko dlatego, że to „nie my”. Dowody? Proszę obejrzeć którąś z sesji ostrowskiej Rady Miejskiej sprzed wyborów lub zajrzeć w Sejmie do szuflady, w której leżą projekty ustaw zgłoszonych przez „nie tych, którzy rządzą”.

A przecież tak wcale być nie musi! Możemy całkowicie inaczej postrzegać jeden problem, by przy innym zgodzić się w stu procentach! Doskonale pokazała to kampania społeczna na 100-lecie niepodległości „Jaka jest Polska”.

Może, gdy zamiast podkreślania różnic zaczniemy podkreślać to, co nas łączy (nie zapominając oczywiście o swoich korzeniach i o tych różnicach), ruszymy w końcu z miejsca. Może zamiast wyrzucać członków z partii tylko za to, że szukali tego, co wspólne, zamiast przyglądać się organizacyjnym szyldom, warto ich posłuchać i dowiedzieć się, jaka była ich motywacja, a przede wszystkim poczekać i sprawdzić, by ocenić ich po owocach, a nie na siłę szukać dziury tam, gdzie jej nie ma?

Bo czasami warto razem. Jak „Kurier Ostrowski” z „Gazetą Ostrowską”.

Krzysztof MACIEJEWSKI

reklama