Czasy nastały podłe i obrzydliwe. Jeszcze nie tak dawno za pedofilię można było trafić do więzienia, a tu proszę, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) od lat w swoich „Standardach wychowania seksualnego w Europie” nie daje spokoju obywatelom, którzy nie ukończyli jeszcze 18 roku życia.

Dzieci muszą wiedzieć, co to jest polityka genderowa i dlaczego jej wyższość nad świętami Bożego Narodzenia nie podlega żadnej dyskusji. Seks-edukatorzy wkroczyli do przedszkoli i szkół i pod tęczową szmatą niosą dziatwie kaganek „intymnej oświaty”, czyli kto, kogo, co, dlaczego i jak ma dotykać i dlaczego akty homoseksualne to najnormalniejsza i najbardziej pożądana forma aktywności seksualnej człowieka.

reklama

WHO nie spadła nagle z drzewa. Rewolucja obyczajowa i antykatolicka rozpoczęła się przecież już w latach 60. XX w., w czasach, gdy „dzieci kwiaty” zaczęły swobodnie i bez krępacji kopulować w parkach miejskich, na łonie natury (a co?), na oczach tłumnie gromadzącej się gawiedzi. Dodajmy, że kopulowano także z dziećmi, do czego przyznał się niejaki Daniel Cohn-Bendit w swoich wspomnieniach z 1975 r. (kto zacz, można sprawdzić w Sieci; szkoda mi słów na tę kreaturę).

Od tej chwili było już tylko „hardkorowo”. Kwiat francuskiego lewactwa, tj. m. in. Jean Paul Sartre, Simon de Beauvoir, Roland Barthes (neomarksistowskie typy spod ciemnej gwiazdy), mniej więcej od końca lat 70. XX w. zaczęli wzywać do legalizacji pedofilii. I jakby tego było mało, za miedzą, w ojczyźnie Karola Marksa, szybko pojawiły się głosy, że akty kazirodcze, to sam miód, malina i rozkosz w stanie czystym. I że zakaz kazirodztwa uniemożliwia seksualne samookreślenie!

Już Owidiusz zauważył, że kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym spadaniem. I miał rację, bo po kilkudziesięciu latach kontrkulturowej rewolucji czerwonego Daniela (Cohn-Bendita) mamy filozofię gender w całej swojej odrażającej okazałości już nie tylko we Francji i w Niemczech, ale w całej Europie. Rodzice, którzy nie pozwalają na brutalną seksualizację swoich pociech, czują na plecach złowrogi oddech różnych niemieckich Jugendamtów czy norweskich Barnevernetów, tj. agend rządowych, które dbają o wychowanie w „genderowej rodzinie”. Dzieci powoli przestają być własnością rodziców, bo dziecko można pod byle pretekstem oddać do rodziny zastępczej, a rodzica wsadzić do więzienia. Dobre wzorce z III Rzeszy Niemieckiej i leninowskiej bolszewii wiecznie żywe.

A obok, na ulicach, w teatrach i w muzeach trwa obsceniczny festiwal tęczowych marszów i aktów „równości”. Aktorzy, o przepraszam „aktoży”, uprawiają seks oralny z figurą papieża (vide spektakl „Klątwa” w Warszawie). Twórcy, o przepraszam, „tfurcy”, na potęgę wieszają męskie genitalia na krzyżach (vide Dorota Nieznalska w 2001 r. w instalacji „Pasja”) albo wystawiają różańce wykonane z krwi homoseksualistów, jak ostatnio Daniel Rycharski w stołecznym Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Zanim Pan Bóg zniszczy tę Sodomę i Gomorę musimy sobie jakoś radzić. Na początek przypominam rodzicom, że jeśli w szkole waszego dziecka pojawi się seks-edukator natychmiast trzeba zawiadomić prokuraturę. Tutaj podstawa kodeksowa:

Art. 200b. Kto publicznie propaguje lub pochwala zachowania o charakterze pedofilskim, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
I pamiętajcie (zasłyszane w Sieci)!

Nazywają cie moherem? Nazywają cię katolem? Nazywają ciemnogrodem? Raduj się! Idziesz w dobrą stronę!

Maciej Remiszewski

reklama