Współczesne systemy monetarne, oparte na produkowaniu pieniądza poprzez działania banku centralnego i banków komercyjnych, stały się swego rodzaju manufakturami. Produkuje się w nich pieniądze na niespotykaną dotąd skalę. Jako uzasadnienie podaje się walkę z deflacją (obecnie definiowaną jako wzrost siły nabywczej pieniądze, czyli spadek cen towarów i usług) lub przeciwdziałanie kryzysom gospodarczym. W efekcie mamy do czynienia z chronicznym spadkiem wartości pieniędzy i rosnącym na niebywałą skalę długiem.
Poza kilkoma wyjątkami na świecie nie panuje hiperinflacja, co podaje się jako dowód na to, że masowe zwiększanie podaży pieniądza jest w istocie nieszkodliwe, pozwala nawet gospodarce działać lepiej, bo chroni przez spadkiem cen, co miałoby z kolei prowadzić do recesji. Dzieje się tak głównie dlatego, ze mamy do czynienie z bezprecedensowym wzrostem produktywności, co oznacza, że firmy mogą produkować znacznie więcej bez konieczności podnoszenia kosztów. Gdyby nie nadprodukcja pieniądza ceny zatem by spadały zamiast rosnąć. Ekonomiście głównego nurtu argumentują, że prowadziłoby to załamania gospodarki, lekka inflacja ma przed tym chronić. Nie dostrzegają zagrożenia związanego z tym, że gigantyczna masa nowego pieniądza zamienia się w dług, który staje się nieznośny i grozi niewyobrażalnym załamaniem gospodarki w skali globalnej.
Teraz tego nie widzimy, bo system działa, lepiej lub gorzej, ale działa. W istocie jednak jego funkcjonowanie jest stale zagrożone widmem niewypłacalności. Kolejne państwa biją rekordy zadłużenia i dlatego wydają coraz więcej na spłatę zobowiązań zaciągniętych we wcześniejszych latach. Budżet państwa staje się powoli narzędziem na agregowania środków potrzebnych do spłacania długów, zamiast do finansowania służby zdrowia, armii czy policji. Skala zjawiska jest na tyle duża, że nie da się jej zignorować. Wciąż jednak głosy tych, którzy ostrzegają są ignorowane, system działa tak jak działał, bo inaczej nie umie funkcjonować. Wszystko w myśl zasady „jakoś to będzie”. W razie czego dodrukuje się pieniądze i w ten sposób zasypie dziurę budżetową – co oczywiście oznacza skokowy wzrost inflacji i ubożenie społeczeństw. Nazywa się to inflacyjnym wyjściem z zadłużenia. Inna opcja to implozja systemu, która nastąpi wtedy, kiedy jakieś ekonomiczne mocarstwo powie, że przestaje obsługiwać zaciągnięte długi. Wierzyciele zostaną wówczas z nic niewartymi obligacjami, dłużnik zaś przestanie mieć na długie lata zdolność do zapożyczania się.
Jedno i drugie rozwiązanie oznacza koszty społeczne i załamanie gospodarcze. Świat nauczył się przez ostatnie dekady żyć na kredyt, finansowany produkcją nowego pieniądza i indukowaną w ten sposób inflacją. Fabryka pieniądza i związana z nią manufaktura zadłużenia nie może działać w nieskończoność. Życie w długu, na koszt przyszłych pokoleń w oparciu o dobrobyt z drukarki – to oferowali nam współcześni ekonomiczni kuglarze. Miało być łatwo, lekko i przyjemnie. Przez lata faktycznie było, potem jednak przyjść musi zapłata za odkładanie wyrzeczeń na jutro.
Bez zrozumienia tego jak działają współczesny system monetarny, jaki dominuje na świecie, trudno pojąć istotę zagrożenia. Kiedy jednak się zrozumie na czym polega fabryka pieniądza, dużo łatwiej uświadomić sobie szkody, które wiążą się z jej funkcjonowaniem.
Andrzej Kowalik



