
Chrześcijaństwo mówiąc o miłości, wyraźnie relatywizuje wątek prokreacyjny i seksualny, przesuwając nacisk na odpowiedzialność za więzi. Jezus poszedł dalej, przekroczył ideał naturalnej relacji rodzinnej poprzez uniwersalne pojęcie „bliźniego”, kontestując w ten sposób jego definicję, jako plemiennej wspólnoty genów. Zrobił woltę głosząc, że miłowanie nieprzyjaciół również jest istotą chrześcijaństwa.
DLACZEGO BÓG
TO TRZECH?
Nie jeden, dwóch, nie czterech. Ryszard od św. Wiktora, szkocki mistyk i filozof zwrócił uwagę, że dopóki mamy dwie kochające się osoby, to ich miłość może przemienić się w układ egoizmów – „kocha się” drugiego tak naprawdę jedynie dla własnej korzyści, na przykład seksualnej. Zatem jeśli mamy mówić o miłości altruistycznej, trzeba połączyć się w miłości do kogoś innego, wyjść ku trzeciemu przekraczając własny egoizm. Dlatego Dwójca nie wystarcza. Bóg jest Trójcą, bo ta jest „w sam raz”, czwarty esencjonalnie już nic by nie wniósł.
WCIELENIE POMIJA SEKSUALNOŚĆ
Przez co objawia się miłość Boga? Przez wydanie Syna w nasze ręce. Ten akt miłości przekracza to, do czego człowiek w naturalny sposób jest zdolny. Nie pojawia się tam aspekt erotyczny, mocno obecny w mitologii greckiej, gdzie bogowie płodzili na potęgę. Judaizm, chrześcijaństwo i islam narodziły się wśród ludów pustynnych, które ze względu na klimat musiały szczelnie się okrywać. U Greków zaś kult ciała był mocno podkreślany. Ktoś powiedział, że diabeł wymyślił ubranie, by zwiększyć pożądliwość. Zresztą istotnie, erotyka bardzo mocno zależy od kontekstu. Wystarczy pobyć parę minut na plaży nudystów, by poczuć się jak w sklepie mięsnym…
A CO
Z PRZYJEMNOŚCIĄ?
Nieprzypadkowo próby przedstawienia nieba w Biblii to opis bankietu. Wizje wspólnej uczty są bardziej pierwotne niż obraz anielskich chórów wyśpiewujących na chwałę Pana (choć i w nich po prawdzie chodziło o rodzaj zmysłowej przyjemności). Platońska wersja chrześcijaństwa bliższa była spirytualistycznej koncepcji szczęścia wynikającego ze zjednoczenia z Bogiem, w którym niewiele jest miejsca na materię. Bardziej biblijna zakłada zaś pozytywne przedstawienie ciała i w akcie stworzenia i w zmartwychwstaniu Chrystusa oraz jednoczesnym oczekiwaniu na życie wieczne w ciele funkcjonującym w rzeczywistości przemienionej, ale jednak materialnej. W odróżnieniu od wizji muzułmańskiego nieba, w chrześcijańskim nie ma mowy o seksie… Jezus pytany bowiem o to, czyją żoną po zmartwychwstaniu będzie kobieta, która miała siedmiu mężów, odpowiedział, że tam już nikt nie będzie się żenił. A tradycja dopowiada: „bo będą jak aniołowie”. Za tym szły przez wieki dyskusje – czy w niebie ciała będą miały narządy płciowe, albo jelita? Odpowiedzi było mnóstwo i żadna rzecz jasna nie sięga poza „dyskusję akademicką” – czyli pasjonującą intelektualnie, ale bez znaczenia praktycznego. W interpretacjach eschatologicznych pojawia się jednak inny ważny wątek. Szczęście nieba miałoby polegać na bliskich relacjach z innymi osobami. Wspomniana historia żony wielu mężów wskazuje na możliwość wyrwania się z ograniczeń. Wyłączność małżeńska zatem w obliczu rzeczywistości wiecznej, staje się relatywizmem.
PIERWOTNA MIŁOŚĆ
Adam i Ewa nie odczuwali wstydu, miłość była otwarta, nie musiała się bronić przed nadużyciem. Moment popełnienia przez nich grzechu, stał się jednoczesnym „ukryciem” i to nie przed sobą wzajemnie, ale przed Bogiem. Pojawia się problem erotyki w przekleństwie, oto kobieta będzie kierowała swe pragnienia ku mężczyźnie, a ten będzie nad nią panował. Włączyło się w ten sposób pożądanie, jako konsekwencja nieuporządkowania, zepsucia mechanizmu dotąd doskonałego… Następstwem pierwotnej historii jest na przykład biologiczne podłoże kobiety, która unika seksu z „pierwszym lepszym”, ponieważ w jej mózgu znajduje się – nieobecny u mężczyzn- ośrodek wstydu. Ale to daje również korzyść. Przez wstępny mechanizm obronny kobiety, większa jest szansa na skrupulatne poznanie, przyjaźń, nawiązanie więzi, dopiero później rozwijanie zaufania. Kolejno, wstyd opada i erotyka buduje następny etap znajomości. To model znacznie trwalszy niż ten od początku oparty jedynie na seksualnej fascynacji. Z chrześcijańskiego punktu widzenia właśnie o to chodzi, o więzi, które mają potencjalnie nieskończoną trwałość, eschatologiczne otwarcie, szansę na wieczność.
NADZIEJA
Jeśli widzimy przed sobą horyzont i jesteśmy zainteresowani tym, co może się przydarzyć, żyjemy pełniej. Nadzieja jako pochodna obietnicy Bożej jest fundamentalna dla chrześcijaństwa. Opieramy się w nim na oczekiwaniu ostatecznego zjednoczenia. Tęsknimy, wypatrujemy, wierzymy. Nadzieja odgrywa również ważną biologiczną rolę. Dotyczy zawsze rzeczy przyjemnych. Lubimy myśleć o przyszłości w różowych barwach. W naszym ośrodku nagrody -w mózgu – dzieją się dwie składowe: konsumpcyjna – to ta, która daje nam poczucie szczęścia po wypiciu wody kiedy odczuwamy pragnienie i apetytywna – to ta, która daje satysfakcję z samego oczekiwania – czyli nadzieja. Na tej ostatniej bazują reklamy, sprzedające nam wizję na spełnienie. Wytwarzana w tym procesie dopamina daje poczucie przyjemności. Ciemną stroną nadziei jest rozczarowanie, które nasz mózg odbiera tak samo jak karę. Pochodną tego uczucia jest depresja, a ta może być spowodowana niedoborem serotoniny – wtedy objawia się melancholią, głębokim smutkiem, nieodczuwaniem szczęścia, albo dopaminy – która przynosi rozdrażnienie, apatię i zmęczenie. Nieleczona depresja prowadzi do samobójstwa, czyli przyznania, że nie ma już żadnej nadziei. Człowiek dotknięty tą chorobą często trafia do konfesjonału. Od niedawna w formacji seminaryjnej prowadzone są zajęcia z terapeutami na temat rozpoznawania podstawowych zaburzeń psychicznych. Świadomy ksiądz powinien wstępnie „zdiagnozować” problem i pomóc w decyzji o wizycie u psychiatry, a nawet dać kartkę z adresem odpowiedniej poradni. Kościół potrzebuje współpracować z nauką. Taki jednak model działań to wciąż myślenie życzeniowe, niestety… ■
Magda Kuczma
Artykuł opublikowany został w Kurierze Ostrowskim w dniu 9 października 2018 r.

