Kilka tygodni temu na ostrowskim rynku księgarskim pojawił się nowy tomik poezji księdza Adama Kraski. Dziś publikujemy wstęp do wydawnictwa, który wyszedł spod pióra kaliskiej poetki Izabeli Fietkiewicz-Paszek oraz jeden z wierszy.
Świat wyobrażeń i pojęć teologicznych – jako ten aksjologicznie, ale i estetycznie najbliższy księdzu Adamowi Krasce – wyznacza ramy tego zbioru, jednak religijne konotacje
nie ograniczają pola jego poetyckich eksploracji, przeciwnie, wszechobecne są we Wrześniu mijania twórcze imaginacje, praca pamięci, filozoficzna refleksja, namysł nad ludzkimi słabościami czy wreszcie uważność wobec otaczającego świata. Kiedy czyta się o „trzykrotnych dziejach świata”: „droga w ciemnościach / Światło dla drogi / era rozpromienionej szarości” (Trzeci upadek), można dostrzec przecież nie tylko tropy biblijne, ale i czytelne nawiązanie do odwiecznego teatru ścierających się przeciwieństw i ich ostatecznego zjednoczenia, słowem – do heglowskiej triady.
Wewnętrzny pakt poety z kapłanem owocuje dykcją, w której atrybuty, rekwizyty, ale i formy języka religijnego podlegają osobliwym reinterpretacjom; poeta przenicowuje sensy, próbując wskazywać na zaklęte w nich paradoksy, a czasem po prostu na nieoczywistości czy niuanse, które tak łatwo przeoczyć. Stąd subtelne koncepty oparte na wnikliwym do-rozumieniu pojęć i wykorzystaniu bogactwa ich wieloznaczności, pozwalające budować celne frazy, jak choćby w tych efektownych, niemal aforystycznych fragmentach: „wobec odejść wiecznych zawsze brak pochówków” (Z teologii), „nieśmiertelność ukryta w cmentarnych krzyżach” (Moja pokraczna modlitwa), w niezwykle nośnych wersach o Bogu: „za daleki i niepoprawnie bliski / niepojęty choć nadęcie pojmowany / niewypowiedziany choć przegadany / dialektem sakralnego kiczu” (Moja pokraczna modlitwa) czy w pozornie prostych i lekkich, a tak naprawdę pogłębionych rozważaniach epistemologicznych:
„nie pytam o więcej / więcej to brak największy / nie szukam bardziej / na cóż malować dzieło namalowane / nie idę dalej / kiedy ze szczytu droga jedyna powrotna” (Dość).
Przewrotność poezji księdza Adama Kraski nie służy jednak rewolucyjnemu odwracaniu pojęć czy obrazoburczym prowokacjom, służy raczej nieustannemu wysiłkowi poszukiwania najwłaściwszych słów dla uchwycenia i nazwania obrazu z natury niemożliwego do uchwycenia i nazwania – obrazu Boga; zgodnie z ludzką, ułomną optyką. „Przychodzisz jako człowiek / bo ja tak rzadko nim jestem // nawet przychodząc jako ubogi / nie zaradziłeś głodom i cierpieniom / jeśli Twoja miłość tego nie zrobiła / to jak ja skoro kochać nie umiem // przychodzisz aby umrzeć / bo ja tak kurczowo trzymam się życia” (Jeśli kochać nie umiem).
Temperament poetycki księdza Kraski zaskakuje nagłymi zwrotami. Raz czytamy o życiu, które „jest jak strącony przez wiatr kapelusz / powsinoga nie wiadomo gdzie go licho poniesie” (Złudzenia) – i aż chce się wspomnieć innego poetę-kapłana, Jana „od Biedronki” Twardowskiego, jego franciszkańską pogodę ducha, lekkość pióra i poczucie humoru; innym razem „za oknem szafirki / wystają niechybnie / z pękniętego asfaltu / czyli takie jest bytowanie / życie ściśnięte w brzydotę / próżnych prób” (Twarz). Są wiersze, w których jesteśmy świadkami niemal wadzenia się poety z Bogiem: „widziałeś przecież to wszystko / […] arterię pytań dlaczego / strach zamiast miłości / […] a słowo twe nie zachwiało się w tchawicy / ręka nie zadrżała na trochę / kreśląc kontury istoty żywej” (Ręka nie zadrżała), są i takie, w których pochyla się on nad bezgraniczną, absolutną bożą szczodrością i miłosierdziem – absolutną mimo niedoskonałości i niewdzięczności świata: „trzy cnoty wielkie / kochać zaufać oczekiwać // trzy potknięcia Boga / pierwotne miłowania / kolejne stwarzania / i siedemdziesięciokrotnego przebaczania // taka jest wszechmoc Stwórcy / omodlona w oczach świata kpiną” (Trzeci upadek). Jeszcze inne teksty zabierają nas w sentymentalną podróż do czasu dzieciństwa, które w swojej naturalnej czystości, niewinności i naiwności już nosi ponure zalążki przyszłych utrat: „na Matkę Bożą Siewną / przy budach z kapiszonami / w dłoń zawinął mi ojciec / niebieską wstążeczkę z żółtym balonikiem / ze słowami pamiętaj o płucach / guma z helem wyrywała się niesfornie / jak moje marzenia zawładnięcia światem […] balonik błoga ulotna chwila / zerwał się jak z łańcucha dziki zwierz / i poszybował w konary kostuchy / mnie w ręku ostał się zbiór słów / pamiętaj o płucach” (Żółte marzenia). Utrat bolesnych i fundamentalnych, skoro skarga opuszczonego przez Boga w poetyckiej interpretacji księdza Kraski wybrzmiewa tak: „piję bo źle skonstruowałeś życie / nie przebija się balonika dziecku / gdy jeszcze dmucha w nie powietrze / nie przewraca się drzew z korzeniami / zrywa linoskoczkom jedyną nić do celu / obraca klepsydrękiedy sypie się piasek” (Psalm 22).
Kolejne wyimki mogą być jedynie subiektywną próbką skali tych wierszy – wśród zgiełku poetyckich przebojów jednego sezonu, wobec nadmiaru kulturowych efemeryd – wierszy tym cenniejszych, że wymagają wnikliwej lektury i powrotów, przypominają, że „piękno jak znicz olimpijski / rozpalać trzeba trudem / przebiegniętych kilometrów” (Pierwszy śnieg).
Izabela Fietkiewicz-Paszek



