Cykl wydawniczy naszej gazety zastawił na mnie pułapkę. Piszę te słowa rankiem 10 listopada, w przededniu wielkiego polskiego Święta Niepodległości. I nie mogę czekać do jutra, żeby na gorąco podzielić się wrażeniami z obchodów odzyskanej 100 lat temu niepodległości. „Kurier” za chwilę musi trafić do drukarni. Pozostaje mi zatem żyć gorzkimi wspominkami z ostatnich dni.
Niektórych wydarzeń sprzed 11 listopada nie da się wyrzucić z pamięci. Będą tkwiły, jak zadra w sercu. Czy ktokolwiek mógł się spodziewać, że prezydenci Wrocławia i Warszawy, na kilka dni przed zaplanowanymi patriotycznymi manifestacjami, podejmą próbę ich administracyjnej pacyfikacji? Pytajmy dalej: a ilu Polaków było gotowych powtórzyć za Grzegorzem Schetyną, że Marsz Niepodległości w Warszawie „To będzie marsz wstydu i hańby, a nie uroczyste obchodzenie tej wielkiej rocznicy”? Jeśli lider PO poważył się złożyć tak brutalne oświadczenie, tzn. że stoi za nim legion. W przeciwnym razie polityka dotknęłaby infamia za szarganie dobrego imienia Polaków, którzy od wielu lat czynnie w Marszu Niepodległości oddają hołd patriotycznym wartościom.
Gdzie okiem sięgnąć żarna polskiej wojny domowej mielą bezwzględnie i systemowo. Obóz dobrej zmiany nie stanął na wysokości zadania po brutalnej prowokacji prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz. W 1980 r. stoczniowcy z Gdańska, w imię zwykłej ludzkiej uczciwości, ujęli się za wyrzuconą z pracy Anną Walentynowicz. Wszyscy wiemy jaką nagrodę dostaliśmy za tę solidarność. Minęły lata, ale kodeks etyczny nie powinien ulec zmianie. I tak samo powinien zachować się prezydent Andrzej Duda po decyzji warszawskiego Ratusza, delegalizującej MN. To nieważne, czy prezydentowi było po drodze ze Stowarzyszeniem MN. Miał obowiązek stanąć po stronie prześladowanych, a nie ogłaszać, po godzinie od haniebnej decyzji HGW, że premier zorganizuje na tej samej trasie oddzielną uroczystość. I nie zmieni tego faktu zawarte w ostatniej chwili porozumienie. Groźba dwóch marszów narodowych i biało-czerwonych wisiała do ostatniej chwili w powietrzu. Niesmak pozostał, bo władza nie ucieknie od zarzutu, że chciała zawłaszczyć społeczną inicjatywę.
W następne stulecie niepodległości wchodzimy z garbem PRL-u i Republiką Okrągłego Stołu w papierach. Trudno w tych warunkach o optymizm. Zwłaszcza, że opozycja buduje alternatywne państwo, które wypowiedziało legalnej władzy wojnę na śmierć i życie. Wystarczy rzucić okiem na zachowanie nieformalnego przywódcy tego państwa, sędzi Małgorzaty Gersdorf, która po przejściu w stan spoczynku (suto odprawiona) samozwańczo uznała zwierzchnictwo TSUE i kpi w żywe oczy z Państwa Polskiego.
Tak oto króluje wokół bezkarność, a obóz rządzący miota się od jednego kryzysu do drugiego, a od jakiegoś czasu tylko markuje reformy i rozliczenia. W rzeczywistości dobra zmiana, zwana już tchórzliwą zmianą, trawi czas na oświadczenia, w których porażki i bezsilność jawią się jako sukces i determinacja. Jeśli polityka ustępstw i chaosu potrwa jeszcze chwilę, to wyborcze wydarzenia z Łodzi już za chwilę rozleją się po kraju. W naszym państwie zdrowi „jak byki” funkcjonariusze policji gremialnie oddalili się „na chorobowe”, a to znaczy. że L4 nie jest drukiem wiarygodnego zarachowania i nie tylko policjanci bawią się z nami w chowanego, ale wszyscy ci, którzy wzięli udział w tym oszustwie.
To może dajmy sobie spokój z marzeniami o potędze, skoro władzy, elitom i społeczeństwu bardziej podoba się państwo teoretyczne. ■
Cykl „Prawy prosty” pod redakcją Macieja Remiszewskiego


