
„Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki…Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje ciało i krew moją pije, trwa we mnie, a Ja w nim…” (J 6,51-58)
KAFARNAUM
Tam właśnie słowa Jezusa o chlebie żywym nie znalazły zrozumienia. Słuchacze pomstując odeszli, wielu uczniów złorzecząc odwróciło się od Nauczyciela. Chętnie dziś ganimy postawę galilejskiego ludu – łatwiej nam, dzielą nas bowiem od tamtych wydarzeń dwa tysiące lat katechezy eucharystycznej i tyleż samo doświadczenia Kościoła. Ale ci ludzie znali Jezusa, jego rodzinę, zawód i nagle człowiek, który był ich sąsiadem mówi: „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba”. Naturalnie, że było to niewiarygodne, gorszące i nie do przyjęcia. Gdyby coś podobnego przydarzyło się nam teraz, w najlepszym razie zareagowalibyśmy tak samo, przypuszczalnie wezwalibyśmy psychiatrę, a nawet policję. Dlatego Ewangelia wzywa nas, byśmy nie osądzali innych, ale wejrzeli we własne serca i zapytali samych siebie o stosunek do tamtych słów, które Pan wciąż do nas wypowiada, każdego dnia na nowo.
„USIŁUJCIE”
W Jerozolimie ktoś spytał Jezusa: „Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?”, na co usłyszał odpowiedź: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają” (Łk 13,22-30). I znów człowiek w swej pysze chce odgrywać rolę sędziego świta, próbując pojąć ogrom Bożego planu własną logiką. Rozmówca nie troszczył się o siebie, swego był pewien, wszak należał do narodu wybranego, znał Prawo, wszystko wiedział. Interesował go los innych, wedle jego oceny mniej godnych zbawienia niż on sam. Zawsze, gdy rościmy sobie prawo do osądu, błądzimy. Nie jesteśmy w stanie z perspektywy swojego życia zrozumieć całości. Dlatego Bóg do Hioba powiedział: „Nie chciej być sędzią nad światem”. Wieczne nasze próby wyrokowania, prowadzą do rozgoryczenia i niezrozumienia. Odpowiedź Jezusa brzmiała „usiłujcie”, czyli – starajcie się. Pełne człowieczeństwo, które prowadzi do zbawienia i szczęścia wiecznego, wymaga wysiłku – od czego dziś odwykliśmy. Wkładamy wiele trudu w pracę, rozmaite dzieła, zapominając, że samo BYCIE człowiekiem otwartym na drugiego i we właściwej relacji z Bogiem, przede wszystkim warte jest naszych starań. Porażka misji Jezusa wobec współczesnych Mu ludzi, która zaprowadziła Go na krzyż, pozorna klęska Chrystusa niosła jednak jeszcze inną treść. Oto wypełniło się słowo, że: „ze wschodu i z zachodu, z północy i z południa, wielu ludzi przyjdzie”. Skutkiem Jego śmierci i wypędzenia Jego uczniów z Izraela będzie Kościół, obejmujący wszystkie miejsca, wszelkie czasy. I tak przybywają ci, którzy nie mieli nic wspólnego z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem, zasiadają do stołu Bożego, ucztują jak wybrani. Historia zatem wciąż się toczy. Nie spekulujmy więc na temat tego, co się kiedyś wydarzy, tylko żyjmy tu i teraz! Jezus daje nam prostą i jedyną receptę – chciej żyć w zaufaniu, czyli – czerp ze Mnie, spożywając chleb żywy. Jezus to otwarte drzwi do pełnego życia.
EUCHARYSTIA
Tabernakulum w kościele to tajemnica Boga, który stał się człowiekiem. Zstąpił z wysokości w naszą otchłań i dał nam przystęp do siebie. Sztuka, która wychwala ten niezwykły dar jest dziękczynieniem, wyrazem wdzięczności tych, którzy zrozumieli, że w słowach Jezusa, z pozoru niedorzecznych, ukryta jest największa prawda na Bożą miarę, przekraczającą nasze poznanie, ale dostępną w łasce wiary. W biblijnej synagodze słuchacze widzieli i słyszeli Chrystusa. A zatem z kolejnej patrząc strony, mieli prościej. Tymczasem nie dostrzegamy, że jest właśnie odwrotnie. Nie musimy się głowić, czy ten co do nas mówi, nie jest aby szaleńcem. Znamy Go przez Kościół wystarczająco dobrze, na co dzień jest przy nas, w ciszy, prostocie, bez rozgłosu. Przystępując do Komunii, nie przyjmujemy jedynie Świętej Hostii w akcie tradycyjnego, symbolicznego obrzędu. Dzieje się wówczas coś, co dotyczy całej naszej istoty, coś co wymaga byśmy się otworzyli na Boga, który dla nas się umniejszył. To jest treść Eucharystii.
GŁÓD BOGA
Niestety, wciąż ślepi jesteśmy, chcemy dowodów, reagujemy daleko posuniętą obojętnością, a ta jest nawet bardziej radykalną formą odrzucenia, niż gniew i wzburzenie ludzi z Kafarnaum. Reakcja Galilejczyków wskazywała chociaż na poważne traktowanie zajścia, nasze zobojętnienie jest odwróceniem się placami. Wydaje nam się, że znamy historię chrześcijaństwa, że to stara, nieciekawa oferta, gdy tymczasem my potrzebujemy coraz to nowszych, bardziej wyrafinowanych podniet. Dostarcza nam jej świat konsumpcji, rozrywki, ale nam jest wciąż mało… Pragniemy więcej… Ostatecznie jednak okazuje się, że wcale nie tęsknimy za nieustannym rozproszeniem, ale skupieniem właśnie, za zjednoczeniem z samym sobą, z innymi, ze światem. Oskoma wielkiej miłości, nieskończonego ukojenia pcha nas w objęcia Boga, w nich tylko bowiem spokój i kochanie bez granic, których głód tak nas trawi.
PRÓŻNIA
Wszystkie wielkie konflikty, rozdzierające konfrontacje, spory ideologiczne, inwazje, zawieruchy, biorą się stąd, że człowiek ze swoim pragnieniem trafia na próżnię, czuje się sponiewierany i samotny. Podporządkowaliśmy sobie Ziemię. Wyprodukować potrafimy prawie wszystko, ale wciąż nie prawdziwą miłość. Bóg sam do nas przychodzi, daje nam siebie w postaci chleba żywego. Spełnia obietnicę z Kafarnaum każdego dnia, a my nic nie potrzebujemy zrobić, poza otwarciem drzwi do swego serca. Nie potrafimy żyć bez Bożego pokarmu. I podobnie do tej garstki oświeconych z biblijnej synagogi, słusznie błagamy: „Panie, dawaj nam zawsze ten chleb”, a dopełniamy codzienną modlitwą: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Dokładniejszy przekład tej prośby z greckiego oryginału brzmiałby: „Chleba naszego istotnego daj nam dzisiaj”, czyli chleba, którego potrzebuje nasza istota. I tak, przyjmując Komunię Świętą, dostajemy Ducha miłości, jedyny pokarm, który może nas uratować. ■
Magda Kuczma


