Przed trzydziestką dostał propozycję dobrze płatnej pracy dla amerykańskiej agencji pomocowej. Jednak nie zdecydował się na tę posadę, by nie opuszczać rodziny oraz Ostrowa. Został radnym miejskim, w czym pomogli mu parafi anie. Osiem lat później ostrowianie wybrali go na prezydenta miasta. Po zakończeniu kadencji zarzekał się, że  nie wróci do samorządu. Zmienił zdanie pod wpływem prezydent Beaty Klimek.

Młody Radosław Torzyński do samorządu trafił przypadkiem, szukając pracy po studiach na architekturze.

reklama

– W 1994 roku w Ostrowie nie było wielu miejsc pracy dla architektów – jeden wakat był w magistracie, drugi w firmie Domek. Ostatecznie ja zostałem w Urzędzie Miejskim, a kolega architekt trafił do Domku – wspomina Torzyński.
Gdy przyszedł do magistratu, drugą kadencję zaczynał właśnie prezydent Mirosław Kruszyński, który na zastępcę powołał panią Aleksandrę Kierstein.

– Pani Kierstein była moja przełożoną i to ona zaszczepiła mi bakcyla działalności politycznej. Na studiach nie działałem w NZS-ie, ani w Komitetach Obywatelskich – mówi.
Początkowo otrzymał najniższe z możliwych stanowisk – młodszego referenta z adekwatnym do posady niskim uposażeniem. Jakiś czas później Wydział Architektury i Urbanistyki, w którym był zatrudniony, został wchłonięty przez Wydział Rozwoju Miasta. Torzyńskiemu przypadło stanowisko kierownika Referatu Architektury i Urbanistyki.

– Na przełomie 1995/96 roku odszedł z urzędu dotychczasowy Architekt Miejski, a ja zostałem powołany na jego miejsce – opowiada.
O mały włos Torzyński nie trafił by do lokalnego samorządu, bo otrzymał propozycję zupełnie innej ścieżki kariery.

Ostrów lepszy niż dolary

Około 1996 roku Ostrów Wielkopolski wszedł w pilotażowy projekt Partnerstwo dla Samorządów Lokalnych (LGPP), prowadzony przez Agencję Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego (USAID). Jednym z działów projektu było planowanie przestrzenne.

– Ponieważ dogaduję się po angielsku, w 1996 roku zostałem wydelegowany przez prezydenta Kruszyńskiego do rozmów z Amerykanami – mówi Torzyński.
Wśród doradców przyjeżdżających do Ostrowa był 70-letni Amerykanin – Bill McCullach, dla którego Polska była ostatnią – 51 placówką. W 1998 roku McCullach zaproponował Torzyńskiemu, by pracował dla ich agencji. Postanowił spróbować – w wakacje wziął urlop i pojechał na dwa tygodnie do Warszawy. Amerykanie ulokowali go w luksusowym hotelu Sobieski.

– Wynegocjowałam pensję na poziomie tysiąca dolarów – kilkukrotnie więcej niż dotychczas zarabiałem jako Architekt Miejski. Dla mnie, młodego człowieka świat stawał otworem, ale wymagało to przeprowadzenia się do Warszawy. I pewnie byśmy się na to zdecydowali, gdyby nie fakt, że specyfika doradztwa w planowaniu przestrzennym wymagała jeżdżenia po całej Polsce. Ściąganie rodziny do Warszawy, po to, by ją zostawić i jeździć po Polsce, niekoniecznie było rodzinnie uzasadnione – opowiada. – Ale długo miałem poczucie, że ucieka mi jakąś szansa i, że nie można tego zostawić. Coś trzeba zrobić.
Wtedy narodził się pomysł startu do Rady Miejskiej. Do udziału w wyborach przekonywał Torzyńskiego kolega z urzędu.

– Pracowałem drzwi w drzwi z Witkiem Gibasiewiczem, który w 1998 roku mnie namawiał do startu w pierwszych wyborach do Rady Powiatu Ostrowskiego. Ja jednak wolałem startować do Rady Miejskiej, bo lepiej czuję miasto. Choć miałem świadomość, że objęcie mandatu radnego miejskiego oznaczało rezygnację ze stanowiska Architekta Miejskiego – mówi.

– Wiedziałem, że jak zostanę radnym zmusi mnie to, by zacząć działać na własną rękę – otworzyć swoją pracownię projektową i jakoś przeć do przodu – tłumaczy.
Dziś mówi, że to ośmioletnie parcie do przodu, aż do objęcia funkcji prezydenta, było doganianiem tej „zmarnowanej szansy”.

– Dopiero, kiedy wygrałem wybory prezydenckie poczułem, że nie zmarnowałem swojej szansy, tylko wykorzystałem inną – podkreśla. – Nie wiadomo jakby się potoczyła praca dla LGPP i dobrze, że jestem tutaj.
Funkcjonowanie Rady Miejskiej nie było obce Torzyńskiemu. Urzędnicy byli bowiem wysyłani na posiedzenia, by przysłuchiwać się obradom.

– Z wydziału architektury nikt nie bardzo chciał chodzić na sesje, a mnie spodobała się ta demokracja, taki miejski parlament – wyjaśnia.
W 1998 roku wystartował z listy Akcji Wyborczej Solidarność i uzyskał mandat miejskiego radnego. Jako architekt, niejako z automatu, dostał Komisję Planowania Przestrzennego, którą kierował przez kolejne 4 lata. Jego aktywność została zauważona, bo w 2002 roku był rozważany jako kandydat na prezydenta miasta z komitetu Porozumienie Centroprawicy.
– Miałem 33 lata i byłem trochę przestraszony, starciem z prezydentami Jerzym Świątkiem i Mirosławem Kruszyńskim – mówi.
Ostatecznie kandydatką PC została Aleksandra Kierstein.

Chwycony byk

W 2006 roku Torzyński ponownie znalazł się na liście potencjalnych kandydatów na prezydenta Ostrowa. Jarosław Urbaniak był posłem PO i nie zamierzał rezygnować z parlamentu, zaś Rafał Żelanowski chciał startować do sejmiku, a nie na urząd prezydenta, bo to wiązałoby się to z zaniechaniem praktyki lekarskiej.

– Ja miałem chęci, ambicje oraz jakąś wizję, co chciałbym zrobić i jak bym chciał prowadzić tę prezydenturę. Jak się pojawiła ta propozycja, to ją chwyciłem za rogi, mając świadomość, że nie jestem do końca rozpoznawalny – wyjawia.
Okazało się, że mieszkańcy zaufali właśnie jemu.
Wśród sukcesów swojej prezydentury na czele wymienia remont synagogi i Ostrowskiego Centrum Kultury.

– Wybudowałem też most na Osiedlowej, dzięki czemu tamta strefa zaczęła żyć. Udało się ściągnąć specjalną strefę ekonomiczną. Myślałem, że efekty będą większe, ale to wynikało ze zmiany ustawy. Ale trzy firmy, które są na terenach ZNTK, dały zaczątek Parkowi Przemysłowemu – tłumaczy.

Choć zakończenie remontu synagogi przypadło na okres prezydentury jego następcy – Jarosława Urbaniaka, Torzyński uważa się za ojca tego pomysłu.

– Będę nieskromny – powściągnąłem zakusy i zapędy, które blokowały remont. Na synagogę zrobiono 5 projektów, ale wszystkie wychodziły poza synagogę. To było trudne do przełknięcia przez konserwatora, ponadto gmina żydowska miała nie do końca uregulowane prawa i takie pomysły utrudniały ich uregulowanie. Po trzecie – planowanie budowy czegokolwiek na sąsiednich gruntach, których nie byliśmy właścicielem, powodowało konflikt. Zadecydowałem, że synagogę remontujemy w bryle synagogi i niczego do niej nie dobudowujemy – przypomina.

Drugie ze sztandarowych przedsięwzięć – remont OCK było zrealizowane całkowicie z pieniędzy budżetowych.

– Gdy dziś ktoś mówi, że wybudowanie hali widowiskowo-sportowej nie jest na budżet Ostrowa, to przypominam, że bez żadnych funduszy zewnętrznych OCK wyremontowaliśmy za 14 milionów zł, a za 10 mln zł trybunę na stadionie, przed zbliżającymi się żużlowymi mistrzostwami świata juniorów. I nie zablokowaliśmy miasta – budowaliśmy drogi, orliki, boiska. Uważam, że budowa hali za 30 mln zł jest możliwa z pieniędzy z budżetu.

– Określenie budżet miasta wprowadza w błąd. Powinno się mówić raczej, że to pieniądze podatników. Zasada jest taka – jak się złożymy, to będziemy mieli. Jak chcemy mieć w mieście trochę więcej, to może musimy się złożyć trochę więcej. Jak się nie złożymy – nie będzie – tłumaczy. – Poza tym, nie ma nic za darmo. Jest tylko pytanie, kto za to płaci? – dodaje.

Zaradni z socjalnymi

Ostrowski program Mieszkania dla zaradnych miał swój zaczątek właśnie za prezydentury Torzyńskiego. Kontynuował go prezydent Urbaniak, choć pod nazwą Ostrowski program mieszkaniowy.

– Cieszę się, że pani prezydent Beata Klimek też mocno pociągnęła ten program – mówi były prezydent.
Zwraca uwagę, że jak się przyjrzeć rządowemu programowi Mieszkanie+, to w 90 procentach pokrywa się z tym, co Ostrów od lat. Jeszcze w czasach prezydentury, działacze PO próbowali przenieść ostrowskie rozwiązania Torzyńskiego na skalę ogólnopolską.

– Kilka razy byłem w tej sprawie w Kancelarii Premiera Tuska. Spotkałem się m.in. z ówczesnym szefem Kancelarii Premiera – Rafałem Grupińskim. Zależało nam na, by państwo realizowało ten program, bo wtedy można by pozyskiwać preferencyjne kredyty z Banku Gospodarstwa Krajowego – tłumaczy.

Z podobnego wsparcia korzystają TBS-y. Wsparcie BGK przekładałoby się na tańszy kredyt dla spłacających. Jednak nie udało się przekonać ministerialnych decydentów do tego projektu.

– Myślę, że z punktu widzenia Warszawy zupełnie niezrozumiałe jest, że można budować mieszkania za 3 tys. za metr kwadratowy. To było dla niech niepojęte. Jak im o tym mówiłem, patrzyli na mnie trochę jak na wariata – wspomina.

Jak tłumaczy Torzyński, jeszcze bardziej jest dumny z mieszkań socjalnych budowanych w czasie jego kadencji. Żałuje a to, że nie wypalił pomysł budowy osiedla hiszpańskiego.

– Nie do końca czuję się za to odpowiedzialny, bo Hiszpanie podeszli do sprawy lekceważąco. Powołali spółkę, ale członkowie rady nadzorczej ze strony hiszpańskiej nigdy się nie przyjechali do Polski. Szkoda tylko energii, która została została zaangażowana.

Zgadzać się z przeciwnikiem

Torzyński wspomina, że od początku był krytycznie nastawiony, do forsowanego przez prezydenta Światka Ostrowskiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego. Poszedł jednak na kilka spotkań i zobaczył, że jest duże zainteresowanie OTBS.

– Stwierdziłem, że może ja się myliłem, bo sądziłem, że ludzie chcą własności – mówi.

– Gdy w kampanii wyborczej zapytano mnie, co prezydent Światek zrobił dobrze odpowiedziałem: TBS-y, choć na początku byłem im przeciwny. Wydaje mi się, że w polityce można się zgadzać z przeciwnikiem i to uwiarygadnia polityka. Nie trzeba się upierać, że tylko ja mam rację – podkreśla.

Dlatego zdecydował się startować do Rady Miejskiej z bezpartyjnego komitetu, bo prowadzenie takiej polityki nie jest możliwe w komitecie typowo partyjnym.

– Mam korzenie w platformie i poglądy zbliżone do PO. Jednak szczególnie w samorządzie miejskim, to co czytamy w programach partyjnych ma drugorzędne znaczenia. Za chwilę np. PO pokłóci się z PiS o kształt ustawy antyaborcyjnej, ale my w mieście o tym nie rozmawiamy. Mam bardzo dobre wspomnienia z czasów mojej prezydentury, gdy bardzo dobrze współpracowało się z panią Aleksandrą Kierstein i śp. Marianem Łakomym z PiS-u, tak samo z ludźmi z PO – mówi.

Przypomina też, że w 2002 roku w Porozumieniu Centroprawicy była zarówno Aleksandra Kierstein i Andrzej Dera związani z PiS-em, ale też działacze PO – Paweł Rajski, Jarosław Urbaniak oraz Rafał Żelanowski, a na dodatek także Beata Klimek.

– Wszyscy byliśmy w jednym bloku. Co się zmieniło przez te 14 lat, że się porozchodzili? Za mojej kadencji PO i PiS też spierały się w Warszawie, a do mnie przychodzili posłowie Dera i Urbaniak i wspólnie rozmawialiśmy, co możemy zrobić.

Przestrzeń od prezydent

Jednak nie od razu dał się przekonać Beacie Klimek do startu z jej komitetu.

– Odmówiłem pani prezydent. Powiedziałem: byłem prezydentem, mam swoje zdanie i nie wiem, czy będę potrafił się wpasować. Pani jest liderem, a ja będę musiał się podporządkować, a często będę miał inne zdanie. W odpowiedzi usłyszałem: panie Radku, jestem otwarta na dyskusje – zdradza Torzyński.
Jednak nadal miał wątpliwości i dał się przekonać dopiero po drugiej czy trzeciej rozmowie.

– Na moje obawy, że się nie podporządkuję, usłyszałem: ale możemy dyskutować. Uznałem, że jak pani prezydent ta stawia sprawę, że jest przestrzeń, by się przekonywać, to ok. – wyjaśnia.

Przyznaje, że po ponownym uzyskaniu mandatu radnego, zastanawiał się, czy nie zrobić sobie kartki z tekstem: nie przywołuj czasów, jak byłeś prezydentem.

– Po to się wycofałem z polityki, żeby nie odwoływać się czasów, prezydentury. Trzeba patrzeć do przodu – mówi.

Co ma Poznań do Ostrowa

Zanim pojawiła się propozycja startu z komitetu Beaty Klimek, Torzyński rozważał start do Sejmiku Województwa Wielkopolskiego.

– Taka propozycja wyszła ze środowisk PO z Urzędu Marsząłkowskiego. Wiedziałem, że nie będzie startował Rafał Żelanowski – mówi.

Jednak to nie Poznań układa listy w Ostrowie.

– Chciałem startować z Koalicji Obywatelskiej, która miała jednak innych kandydatów i inne pomysły – mówi.

Zaznacza jednak, że nie ma ambicji zajęcia się polityką zawodowo.

– Najbardziej interesuje mnie, co się dzieje w mieście, a nie w województwie – tłumaczy.
Przyznaje, że choć 8 lat temu deklarował się, że nie będzie wracał do polityki, podczas oglądania przebiegu sesji Rady Miejskiej Ostrowa nie raz się wkurzał i zastanawiał, czy nie zabrać głosu w wolnych głosach i wnioskach.

Wciągająca muzyka

Torzyńskiego od dzieciństwa ciągnęło do muzyki. W wieku 5 lat zaczął grać na akordeonie.
Na początku lat 80., przy okazji przeprowadzki z bloku do domku rodzice małego Radka kupili od sąsiadki pianino, której instrument zawadzał w bloku. Miała się na nim uczyć 7 lat młodsza siostra, ale najpierw z instrumentu zaczął korzystać Radek. Te doświadczenia szybko zaprocentowały, bo gdy Radek kończył podstawówkę z kościoła Najświętszego Zbawiciela, gdzie Torzyński służył do mszy, odszedł organista.

– Zaproponowałem, że mogę go zastąpić, ale nikt nie bardzo wierzył, że sobie poradzę. Usiadłem i zacząłem grać.
W 1984 roku, kilka miesięcy później po objęciu funkcji organisty, Radek poszedłem do ZAP-owskiego technikum, gdzie była orkiestra dęta. Tam zaczął uczyć się gry na trąbce.

– Przez cały okres szkoły średniej grałem w kościele i w technikum. Czasami się to trochę gryzło i w kościele bywało cicho – mówi.

W czasach PRL-u granie w kościele nie było dobrze postrzegane przez władze, a poza tym orkiestra była oczkiem w głowie dyrektora Waldemara Gostomczyka i opuszczanie występów nie wchodziło w rachubę.

Lata 80. XX wieku były złotymi czasami ZAP-owskiej orkiestry. Przez trzydzieści parę lat działalności orkiestra miała 5 wyjazdów zagranicznych.

– Ja byłem na trzech: Moskwa-Charków, festiwal w Rostocku, a w maju 1989 roku, tuż przed wolnymi wyborami, byliśmy wręcz rozchwytywani przez Belgów, którzy chcieli dowiedzieć się, co dzieje się w Polsce – wspomina.

W kościele Torzyński grał intensywnie przez 5 lat szkoły średniej, a w czasach studiów zamieniał się z kolegą. Później, gdy zaczął pracę i urodziło mu się dziecko, przy organach siadał sporadycznie.

– Wszystko w życiu jest po coś – nawet ta gra w kościele z dzisiejszego punktu wiedzenia, przełożyła się na wynik wyborów w 1998 roku. Wtedy byłem rozpoznawalność głównie jako organista – tłumaczy.

Dziś Torzyński grywa sporadycznie w zaciszu domowym.

– Mam w domu pianino, planuje kupić znowu trąbkę, bo stara się rozsypała. bo szkoda tracić umiejętności, które się nabyło. Przed prezydenturą bawiłem się w komponowanie. Zrobiliśmy trochę piosenek o Ostrowie, bo prowadziłem scholę w kościele i w repertuarze mieliśmy tylko własne piosenki, których część napisałem.

Ukoronowaniem przedsięwzięcia były jasełka w formie musicalu.

– Żeby to nie poszło w zapomnienie, zacząłem odszukiwać te utwory. Chcę je przelać na precyzyjny zapis nutowy i może nawet wydać. Ocalić od zapomnienia – mówi.

Pasja z przypadku

Torzyński przyznaje, że projektowanie to jego pasja i miłość.

– Bardzo to lubię i czasami siedzę nad projektami po nocy, bo wtedy nikt mi nie przeszkadza, nie dzwoni. To zawód wymagający ciągłego uczenia się, poznawania nowych technologii – wyjawia.

Ostatnio mocno wkręcił się w energię odnawialną. W tym roku jego pracownia zaprojektowała 7 domów zeroemisyjmych, które nie mają kominów. Ogrzewane są prądem z energii słonecznej, magazynowanej w sieci.

– To nie są domy pasywne, ale produkujące energię elektryczną. Obecna Ustawa o odnawialnych źródłach energii, umożliwia magazynowanie w sieci nadwyżek energii, wyprodukowanej przez siebie. I takie domy co raz częściej powstają – mówi.
W Ostrowie nie ma jeszcze takich obiektów, ale zdaniem Torzyńskiego, pojawia się pewnie w ciągu najbliższych dwóch lat.

– To się opłaca, choć budowa kosztuje trochę drożej. Ale po 8-10 latach te zwiększone koszty się już zwracają dzięki brakowi rachunków za energię – podkreśla.
Pracownia Torzyńskiego ma duże doświadczenie w obsłudze inwestorów, którzy budują fabryki.

– Robiliśmy sporo dla Com40 oraz dla K2 – producenta kosmetyków samochodowych. Parę przychodni w okolicy też jest naszego autorstwa. Robimy też projekty mieszkaniowe, bo to mój ulubiony segment. Pracę magisterską robiłem właśnie z budownictwa mieszkaniowego – przyznaje. – Zaprojektowaliśmy też kilka kościołów – robiliśmy m.in. projekt kościoła we Wronkach, W Ostrowie – Matki Boskiej Fatimskiej, przy ul. Krętej. oraz rozbudowę kościoła Matki Bożej na Zębcowie.

Jak się okazuje, na architekturę Torzyński decydował się dopiero pod koniec szkoły średniej.

– Poszedłem do technikum, bo miałem zainteresowania politechniczne. Potem miałem iść na Inżynierię sanitarną, by zająć się firmą mojego taty – mówi.
Jednak podczas spotkania przedstawicielem Politechniki Wrocławskiej, który odwiedził ZAP-owską szkołę, dowiedział się, że na architekturę nie trzeba zdawać egzaminu z fizyki, są za to rysunek i matematyka. Postanowiła spróbować i intensywnie wziął się za naukę rysunku.

– Przez pół roku jeździłem do Poznania co środę na korepetycje z rysunku. Musiałem sporo robić rysunków i nie brakowało czasu np. na czytanie lektur. Ponieważ nie da się rysować i czytać, wspomagała mnie mama, która robiła za audiobooka i czytała mi na głos np. „Dżumę” Alberta Camusa – opowiada. ■

Daniel Aleksandrzak

reklama