– Plan mam taki, żeby zwalczyć to choróbsko i pomóc synom wybrać synowe – mówi Katarzyna Tomaszewska, na leczenie której w ciągu dwóch tygodni zebrano 250 tysięcy złotych. Dzięki temu mogła zacząć przyjmowanie nowego i kosztownego leku. Terapię zaczęła z nadzieją i przekonaniem, że limit nieszczęść już wyczerpała z dużym zapasem.
Na przełomie listopada i grudnia sytuacja Kasi poruszyła wielu ostrowian i nie tylko. Bo też trudno byłoby znaleźć kogoś, kogo w tak krótkim czasie spotkało równie dużo przeciwności losu. Dlatego zbiórka pieniędzy dla niej trwała rekordowo krótko.
Szczęście prysło w jeden dzień
Jeszcze niespełna cztery lata temu mogła czuć się najszczęśliwszą osobą na świecie. Razem z mężem Rafałem z dumą obserwowała, jak rośnie czwórka ich synów. Niestety, tamten czas pozostał tylko we wspomnieniach i na rodzinnych fotografiach. We wrześniu 2015 roku los się od niej odwrócił. Tamten dzień, kiedy w wypadku motocyklowym zginął mąż, był najgorszym dniem w jej życiu. Ból w sercu był ogromny.
– Straciłam męża, najlepszego przyjaciela, drugą połowę. Moje dzieci straciły ojca. To był początek przepaści, w którą zaczęłam spadać. Pierwsza z serii tragedii, które spadły na moją rodzinę, bo kilka miesięcy później straciłam również moją ukochaną mamę. Miała raka płuc. W krótkim czasie odeszły dwie najbliższe mi osoby na świecie – wspomina.
Razem z siostrą Magdą płakały na grobie mamy. Były dla siebie oparciem, ale wkrótce potem dowiedziały się, że obie mają raka. Wszystkiemu winien jest wadliwy gen.
Co się stanie z moimi dziećmi?
Pamięta tamten dzień, 27 grudnia 2017 roku, gdy stwierdzono u niej raka jajnika. Wcześniej odczuwała powracający ból brzucha, coraz ostrzejszy, coraz bardziej uporczywy. W szpitalu stwierdzono, że to „tylko” stan zapalny jelit. Ból miał zniknąć, ale nie zniknął. Diagnoza była ciosem. Mimo wykonywania systematycznych badań kontrolnych nic nie wskazywało na to, że może zdarzyć się najgorsze. A jednak się zdarzyło. Gdy zapadała w sen przed 7-godzinną operacją ostatnią jej myślą było co się stanie z dziećmi, jeśli jej zabraknie? Dwa tygodnie później była już na nogach i kursowała między domem a szpitalem. Poznała na własnej skórze, czym jest chemia, utrata włosów i strach, gdy czeka się na wyniki badań nie wiedząc, co dalej. Była jednak silna, bo wiedziała, że musi żyć dla swoich synów. Walkę o życie łączyła z przedszkolem, szkołą, wywiadówkami, gotowaniem obiadów, odrabianiem lekcji. Starała się nadal dla dzieci być i mamą, i tatą.
Emocje, których nie da się opisać słowami
– Rokowania w przypadku raka jajnika są tragiczne. Tej choroby nie da się wyleczyć, można ją jedynie spowolnić. Jest lek, który może to zrobić, który da mi życie, przedłuży je, opóźni czas, w którym rak zaatakuje ponownie – olaparib. Lek, który jest refundowany w 15 krajach Unii Europejskiej, ale nie w Polsce. Dostałabym go tylko w przypadku, gdyby doszło do wznowy, a ja do wznowy nie mogę dopuścić. Nie pozwolę, by zabił mnie rak, by moje dzieci zostały same. To lek, o który walczyła Kora – wspaniała kobieta, chora na to, co ja. Starała się o jego refundację. Niestety, nie ma jej już z nami… – napisała Kasia na swoim profilu jesienią ubiegłego roku.
Przyznała, że skoro życie jest darem i każdy je otrzymał, to niesprawiedliwe jest, by zależało od pieniędzy. Ale… miesiąc jej życia wyceniono na ponad 20 tysięcy złotych. To koszt odpłatnej terapii wspomnianym wyżej lekiem. Nie była w stanie sprostać takim wydatkom, ale postanowiła walczyć. Każdy dzień z synami jest dla niej bezcenny. Za pośrednictwem fundacji Siepomaga ruszyła zbiórka pieniędzy. W ciągu dwóch tygodni 9839 osób wpłaciło 236.501 złotych. Czyli tyle, ile potrzeba na roczną terapię.
– Odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie brakowało mi słów. Wiedziałam, jak się wysłowić, co w danej chwili powiedzieć. Są jednak takie sytuacje w moim życiu, takie momenty, kiedy emocje są zbyt wielkie i nie potrafię opisać ich słowami. Tak właśnie jest dziś. Nie potrafię wyrazić tego, co czuję, jak bardzo jestem wszystkim wdzięczna za okazaną mi pomoc i dobro. Spotkałam wielu szlachetnych ludzi o wielkim sercu, którzy są ze mną w dobrych i tych złych chwilach. Dziękuję wszystkim za kibicowanie mi w mojej walce, za modlitwę, dobre słowo i rady, za wsparcie finansowe, emocjonalne, duchowe, za rozmowy, cierpliwość i zrozumienie – napisała na portalu społecznościowym Kasia w dniu, kiedy kwota na jej koncie przekroczyła magiczny pułap 100 procent.
Walka będzie trwała dalej
Ostatnie święta w jej domu były radosne i pełne nadziei. W nowy rok wkroczyła gotowa do kolejnego wyzwania. 10 stycznia pojechała do poznańskiej kliniki by przyjąć pierwszą dawkę nowego leku. Będzie go stosować do końca życia.
– Wstępne założenie mojego lekarza zakłada przyjmowanie 16 tabletek adziennie – po 8 rano i wieczorem. Co 28 dni będę jeździć do kliniki i przechodzić za każdym razem niezbędne badania. Stosowanie leku musi bowiem iść w parze z analizą reakcji mojego organizmu. Muszę też prowadzić dzienniczek i zapisywać wszystkie moje obserwacje. Przede wszystkim trzeba unikać infekcji, bo każda choroba może spowodować wstrzymanie terapii. A ważne jest, aby była ciągłość. Jestem pełna nadziei rozpoczynając ten nowy etap w moim życiu, choć denerwuję, się, bo długo czekałam na ten moment – powiedziała nam
Kasia w przeddzień wyjazdu do Poznania.
Zgromadzona kwota wystarczy na rok. Co dalej? Wszystko zależy od opinii lekarzy. To oni wtedy zdecydują czy pacjentka ma predyspozycje, by dalej przyjmować lek.
– Jeśli decyzja będzie na tak, będę myślała potem co zrobić, ale mam nadzieję, że do tego czasu lek ten będzie już refundowany, o co od dawna wnioskują chorzy. Ponadto mam uzgodnione z fundacją, że moja zbiórka nie jest zakończona i można dalej wpłacać – mówi Kasia.
Suma na jej koncie rzeczywiście cały czas rośnie. Obecnie jest tam już ponad 263 tys. zł. To bardzo budujące. Trzeba pamiętać, że w miarę prowadzonej terapii i rozliczeń na linii szpital – fundacja kwota na koncie będzie się stopniowo zmniejszać. Każda złotówka jest więc nadal na wagę złota, bo walka będzie trwała dalej!
Limit nieszczęść wyczerpany
Kasia nie robi przed synami tajemnicy ze swojej choroby, choć oczywiście przekaz jest dostosowany do wieku chłopców. Najstarszy, 19-letni Mikołaj rozumie wszystko. 10-letni Michał oraz o rok młodsi od niego bliźniacy Antoś i Wojtuś wiedzą tylko, że mama ma groźną chorobę.
– Kiedy ogoliłam się na łyso, cała czwórka zrobiła to samo. Byłam bardzo wzruszona tym gestem. Zawsze, gdy jadę do szpitala młodsi dopytują, czy dzisiaj wrócę. Pod moją nieobecność opiekuje się nimi moja siostra, która też ma nowotwór. Ze swoim mężem i córką przenoszą się wtedy do mnie. Nie chcemy angażować ojca, bo jest po trzech udarach, a w święta wykryto u niego zaawansowaną cukrzycę. Chyba wyczerpałam już limit nieszczęść za siebie i za dzieci, do końca ich życia. Jestem przekonana, że nigdy nie spotka ich już nic złego – mówi Katarzyna Tomaszewska. (leg)


