Kolejny patron ostrowskiej ulicy, związany z powstaniem styczniowym, a zarazem z Wielkopolską, z niedalekim Krotoszynem, to Marian Langiewicz – generał, dyktator powstania styczniowego.
Przyszedł na świat w rodzinie lekarza. Gimnazjum ukończył w Trzemesznie, studia prawnicze we Wrocławiu i Berlinie. Pociągało go jednak wojsko, był oficerem w pruskiej armii, w której zdobył doskonałe doświadczenie wojskowe. Po wystąpieniu z armii pruskiej wyjechał do Włoch, gdzie podobnie jak Edmund Taczanowski walczył u boku Garibaldiego, uczestniczył w jego wyprawie na Sycylię w 1860 roku.
Po powrocie do kraju brał aktywny udział w przygotowaniach powstania styczniowego na terenie Wielkopolski – sprowadzał broń z Belgii i Niemiec, szkolił ochotników, współpracował z Franciszkiem Nawrockim (pseudonim Nawrot) i Edmundem Taczanowskim. Związany z ugrupowaniem Białych, był ideologicznym przeciwnikiem Mierosławskiego.
W powstaniu styczniowym był wodzem zwanej od jego nazwiska – wielkiej kampanii Langiewicza. Odniósł spektakularne zwycięstwa pod Jedlnią, Bodzentynem i Szydłowcem. Był naczelnikiem województwa krakowskiego, sformował oddziały jazdy i piechoty, założył fabryczkę broni, polowy szpital i drukarnię. Był zajadle tropiony przez Rosjan. 24 lutego 1863 roku w słynnej bitwie pod Małogoszczem starł się z dużo liczebniejszym wojskiem rosyjskim. W marcu został mianowany dyktatorem powstania z ramienia Białych i awansowany do stopnia generała. 19 marca 1863, po bitwie pod Grochowiskami, jednej z ważniejszych w powstaniu, wycofał się ze swoimi ludźmi do Galicji, aby zabezpieczyć rannych, przeformować oddział i nabrać sił do dalszej walki. Niestety, natychmiast został aresztowany przez Austriaków i skazany na dwa lata twierdzy. Po uwolnieniu z więzienia wyjechał do Turcji, ciągle szukając dróg do wolności i sposobności walki za Polskę. Zmarł w Konstantynopolu, gdzie został pochowany
–
Bitwa pod Grochowiskami
(fragment książki Błękitny mundur, czyli Drogi do wolności Donaty Dominik-Stawickiej)
Jakaż to była bitwa! Jedna z bardziej znacznych w historii powstania, bitwa wśród pól i lasów, straszna i krwawa, okupiona śmiercią wielu powstańców, a jednak zwycięska! Walczyli po polskiej stronie ludzie Langiewicza i żuawi śmierci francuskiego wodza Franciszka Maksymiliana de Rochebrune’a. Szli do walki jak do tańca, z pieśnią na ustach, brawurą i śmierć lekceważąc. Pochód był to straszny, wśród świstu i wycia kul, w ogłuszającym huku dział, w dymie prochu, przy jękach i krzykach rannych towarzyszy. A jednak naprzód szli, straszną czyniąc bronią wieśniacze kosy, karabiny. Bo własnej bronili ziemi i honoru swojego. (…) Tymczasem żuawi, na których czele z bagnetem szedł ich wódz, runęli na Moskali, dosłownie wyrywając im z rąk karabiny, a kosynierzy Dąbrowskiego czynili wyłom w moskiewskich szeregach, siekąc bez litości żołnierzy z moskiewskiego pułku smoleńskiego.
– Armaty wzięte! – Ten tryumfalny krzyk żuawów dodał jeszcze werwy walczącym, a ogień wrogich dział nareszcie ustał.
– Dzieci! Bóg was wspiera! – rozległ się donośny głos księdza Konarskiego, który z krzyżem w ręku błogosławił walczącym.
Kapelan oddziałów Czachowskiego, ksiądz Antoni Majewski z zakonu bernardynów, niczym Mickiewiczowski Robak dał przykład męstwa. Został zadźgany bagnetem przez Moskala w chwili, gdy udzielał konającemu powstańcowi ostatniej posługi. (…) Całą dobę, bez wytchnienia trwały zmagania. W końcu wróg wycofał się, zostawiając na polu około trzystu zabitych.
■ Donata Dominik-Stawicka



