Rowerem jeżdżę od kilku dekad. Zwłaszcza po mieście, bo w nim ten pojazd sprawdza się najlepiej. Jednak długo nie byłem fanem rowerów miejskich, uznając je za modną lecz drogą fanaberię. Zmieniłem zdanie, widząc jak masowo są wykorzystywane przez ludzi, którym wcześniej nie przyszłoby do głowy wsiąść na dwa kółka.
Tymczasem okazuje się, że nawet w tak rowerowym mieście jest duża potrzeba korzystania z miejskich bicykli. W ubiegłym roku korzystano z nich w Ostrowie 11 tysięcy razy, choć początkowo stacji i rowerów było jak na lekarstwo i nie bardzo było ani gdzie, ani co wypożyczać. Stąd cieszy, że pod względem wykorzystania wśród miast podobnej wielkości Ostrów wypada całkiem nieźle.
I pewnie mogłoby być jeszcze lepiej, gdyby nie słabość infrastruktury. Bo tak się składa, że za ilością kilometrów dróg rowerowych wciąż nie nadąża jakość ich wykonania. Choć budowanie dróg dla rowerów ma w Ostrowie dość długą współczesną tradycję, bo pierwsze ciągi pieszo-rowerowe powstawały już w drugiej kadencji prezydentury Mirosława Kruszyńskiego. Nie liczę już nawet poniemieckich rozwiązań, które jako archaiczne po latach zostały zastąpione nowoczesnymi drogami.
Niestety, nadal budowane są ścieżki zaczynające się nagle, że nijak nie da się na nie przepisowo wjechać i urywające się równie gwałtownie, zmuszając do zejścia z roweru. Powszechne jest też złe oznakowanie oraz brak rowerowych przejazdów przez jezdnię.
Przez te mankamenty po Ostrowie jeździ się dość ciężko, jeśli chce się przestrzegać przepisów drogowych, bo jest wiele takich miejsc, gdzie zgodnie z kodeksem trzeba zsiąść z roweru. Nadto w samym centrum sieć dróg rowerowych jest rozbudowana słabiej niż warszawskie metro.
Dlatego wcale się nie dziwię, że mnóstwo cyklistów woli korzystać z chodników. Tam czują się bezpieczniej niż na zatłoczonych ulicach. I mam takie marzenie, by nastały czasy, gdy rowerzyści będą mogli bezpiecznie i przepisowo jeździć po centrum Ostrowa, obojętnie czy na swoich, czy na miejskich bicyklach.
■ Daniel Aleksandrzak



