Arina Bilotserskivska dołączyła do Ostrovii tuż przed meczem z zespołem z Lublina. – Przyjechałam niemalże prosto na rozgrzewkę. Wypiłam kawę, przebrałam się, wyszłam na parkiet – mówi ukraińska koszykarka, która po meczu ucięła sobie dłuższą pogawędkę ze swoim rodakiem Vadimem Czeczuro.
Możemy rozmawiać w języku angielskim?
– Lepiej nie. Znam go, ale trochę słabo. Wolę przez trenera Czeczuro po rosyjsku.
W porządku. To zatem jakie pierwsze wrażenia z debiutu w Ostrovii?
– Ciężko coś więcej powiedzieć. Niewiele wiedziałam o zespole. Nie znałam dziewczyn, taktyki i trenera. Wyszłam na boisko prosto z podróży. Starałam się pomóc drużynie. Przy okazji dziękuję dziewczynom za miłe przyjęcie.
To prawda, że jeszcze w piątek przed przylotem do Ostrowa grała pani mecz w lidze ukraińskiej?
– Owszem. Na domiar złego nabawiłam się kontuzji ręki. (Arina w tym momencie odkleja plaster z dłoni i pokazuje szwy na ręce – dop. autor). Trochę mi przeszkadzał ten uraz, ale jakoś dałam radę.
Dlaczego wraca pani po pięciu latach do ligi polskiej?
– Jest po prostu lepsza niż ukraińska. To dla mnie szansa. Grałam już kiedyś w Polsce, ale to było kilka lat temu. Dużo się zmieniło. Muszę to wszystko w zasadzie poznać od nowa.
Pani koszykarskie atuty, to?
– Myślę, że niezły rzut i gra na pick’n’rollu. (m)
Dziękujemy trenerowi Vadimowi Czeczuro za pomoc przy tłumaczeniu rozmowy.



