Nie cieszy mnie, że Grażyna Wolszczak wygrała ze Skarbem Państwa sprawę o smog, bo sprawa z daleka zalatuje polityczną ustawką. Sęk w tym, że smog nie ma barw politycznych, a ci, którzy dziś głośno lamentują nad jakością powietrza, jakoś nie potrafili wiele w tej kwestii poprawić, gdy byli u władzy.
W sprawie smogu od kilku lat w Polsce bije się na alarm. I słusznie, bo problem jest poważny i co roku kosztuje życie i zdrowie wielu tysięcy osób. Niestety, alarm jest mocno spóźniony, bo zanieczyszczone powietrze mamy od dawna, a w czasach, gdy było dużo groźniej ani mainstreamowe media, ani celebryci w tej sprawie nie zabierali głosu. Bo dlaczego mieli straszyć rodaków, gdy wszyscy żyliśmy na „zielonej wyspie”, w państwie teoretycznym, ale pełnym polityki miłości, które niczym biblijna kraina, płynęło może nie mlekiem i miodem, ale przekrętami z pewnością.
Mój przyjaciel – po kolejnej fali alarmistycznych doniesień o smogu – już jakiś czas temu zadał sobie trud, by sprawdzić, jak wyglądał stan powietrza w ostatnich latach. Sięgnął po dane Głównego Urzędu Statystycznego i ku swojemu zdziwieniu odkrył, że jakość powietrza w Polsce jest zdecydowanie lepsza niż w czasach, gdy krajem nad Wisłą zarządzał obecny prezydent (król albo cesarz) Europy. I co takiego się wydarzyło, że dziś w kraju, zdominowanym przez antydemokratyczny PiS, można mówić o zanieczyszczeniach, a w czasach PO stan powietrza był znany tylko zainteresowanym?
Smog nie jest dla mnie pojęciem nowym, bo o jego skutkach słyszałem już ponad trzy dekady temu, gdy niczym Alicja z Krainy Czarów wpadłem do króliczej nory, zwanej polskim ruchem ekologicznym. Od tego czasu nie tylko mówię o barbarzyństwie jakiego dokonujemy na Matce Ziemi, ale też chętnie włączałem się w rozmaite działanie edukacyjne. Niestety, przez większość tych trzech dekad nie bardzo było z kim o tym rozmawiać, bo priorytetem był rozwój, a nie życie i zdrowie.
I jeśli ten siermiężny PiS spowodował, że dziś głośno można mówić, że smogiem zabijamy się nawzajem, to chyba będę się cieszył, gdy PiS-owcy wygrają kolejne wybory. Choć to nie ludzie z mojej bajki.
■ Daniel Aleksandrzak



