Obrazki z Ceuty, jakie przez ostatnie dni mogliśmy zobaczyć, były przerażające. Tysiące ludzi, głównie młodych mężczyzn, wdarło się do tej hiszpańskiej eksklawy budząc niepokój, a nawet strach lokalnych mieszkańców. Jak to się dzieje, że Europa jest bezradna i nie potrafi bronić swoich granic?
Przez lata wmawiano nam, że na Stary Kontynent uciekają przed wojną matki z dziećmi, albo przybywają tu szukający pracy lekarze i inżynierowie. Fakty od początku były jednak zupełnie inne. Do Europy chcą się dostać głównie młodzi, silni mężczyźni, którzy mają dostatecznie dużo siły i determinacji, aby przekroczyć (często niejedną) granicę i dotrzeć do upragnionego celu. Liberalna polityka migracyjna, a wręcz hasła w rodzaju „serdecznie zapraszamy”, lansowane przecież całkiem niedawno, głównie w Niemczech, motywują ich do marszu za, jak sądzą, lepszym życiem. Tu ma ich czekać dobrobyt, tu mają być im wypłacane wysokie zasiłki, na koszt niemieckiego czy hiszpańskiego podatnika.
Bezbronność Europy wobec tego najazdu ma swoje źródła w obłędnej neomarksistowskiej ideologii, zgodnie z którą społeczeństwo przyszłości ma być multikulturalne (cokolwiek miałoby to w praktyce znaczyć?), a granice państwowe to przeżytek, z którym trzeba czym prędzej skończyć. Niektórzy wskazywali także na pobudki ekonomiczne. Migranci mieli zapełnić luki na rynku pracy, w tym w zawodach wymagających specjalistycznego wykształcenia. Tymczasem nic podobnego się nie dzieje. Przybysze są nastawieni na korzystanie z socjalnego wsparcia, nie znają języka kraju, do którego przybywają i niespecjalnie chcą się asymilować. Stąd zmowa milczenia w wielu europejskich państwach i udawanie, że jest inaczej niż w faktycznie jest. Aż w końcu dotarliśmy do momentu, kiedy już dłużej nie udaje się ukrywać przed społeczeństwami skutków tego eksperymentu. Koszty, nie tylko ekonomiczne, ale także związane z publicznym bezpieczeństwem są widoczne gołym okiem i nawet lewicowo – liberalne ośrodki wpływu nie mogą ich ukryć.
Pytanie o intencje: czy można tu mówić o naiwności i braku realizmu? Czy w bogatych państwach Europy Zachodniej naprawdę sądzono, że masowa i, w dużej mierze, nielegalna imigracja wzmocni ich gospodarki? Czy rzeczywiście sądzono, że przybywać będą głównie ludzie z wyższym wykształceniem, gotowi do świadczenia pracy wymagającej wysokich kwalifikacji? Trudno uwierzyć w tak daleko posuniętą ignorancję. Stąd nie brak głosów mówiących o tym, że w istocie chodziło o podmianę populacji, zamianę społeczeństwa na nowe, amorficzne i wykorzenione. Tyle, że przybysze wcale nie zamierzali wpisywać się w ten schemat. Część z nich uważa Europę za pożałowania godną właśnie dlatego, że odcięła się od swoich korzeni i zerwała z wartościami, które przez wieki ją formowały. Trafili tu do aksjologicznej pustki, nie zaoferowano im nic, poza neomarksistowskim bełkotem, którym gardzą. Chętnie za to korzystają z serwowanego przez przyjmujące ich kraje socjalu.
Cała ta społeczna inżynieria to istne szaleństwo. Trudno też liczyć na opamiętanie, do tego konieczne byłyby działania, oparte na dobru wspólnym i szacunku do własnej cywilizacji. Chociaż nie jest to niemożliwe, to jednak w wypadku wielu państw Zachodniej Europy wydaje się to wciąż bardzo mało prawdopodobne.
Andrzej Kowalik



