Mecz Arged Malesy z H. Skrzydlewska Orłem został przerwany i przełożony po rozegraniu sześciu biegów. Do tego momentu jazda podopiecznych Mariusza Staszewskiego była jednak naprawdę kiepska. Po zakończeniu spotkania szkoleniowiec bez ogródek powiedział, co sądzi o formie swoich podopiecznych, a także odpowiedział na zarzuty Macieja Jądera, który zarzucił jego drużynie celowe psucie toru.

Po sześciu biegach było 20:16 dla Orła. Arged Malesa znowu męczyła się na własnym torze. Brak szybkości był widoczny u wielu zawodników. Z kolei łodzianie w ogóle nie przypominali zespołu, który przegrał wszystkie poprzednie spotkania. Co gorsza, był to kolejny mecz, w którym taka sytuacja się powtórzyła.

reklama

-Jesteśmy jak dzieci we mgle. Nie ukrywam, że to wszystko naprawdę mnie martwi. Mamy straszne problemy, żeby spasować się z własną nawierzchnią. Tor był dziś twardy, ale mniej niż przed tym wielkim ubijaniem podczas meczu z Rzeszowem. Poza tym trochę boję się grzebać przy torze i robić przyczepniejszy, bo nie chcę im mieszać w głowie. Prawda jest jednak taka, że wszyscy są pod formą i jako drużyna wyglądamy słabo – mówi nam Mariusz Staszewski.

Szkoleniowiec Arged Malesy wie, że drużyna musi wziąć się do pracy, ale dodaje, że praca nad formą podczas treningów nie jest łatwa, co wynika z kalendarza startów zawodników zagranicznych. – Trudno mieć plan, bo obcokrajowcy są w rozjazdach. Mogę pracować tylko z Polakami. Brakuje punktów Wiktora Jasińskiego, a jeśli Sebastian Szostak ma słabszy dzień, to robi się wielki problem. Mam nadzieję, że Tobiasz Musielak wróci w dobrej formie. Na razie nie wiem, kiedy to się wydarzy – zaznacza.

W sobotę sporo kontrowersji wzbudziły sędziego dotyczące przygotowania toru po opadach. Niektórzy uważają, że arbiter popełnił błędy. Jeszcze dalej poszedł w swoich osądach trener Orła Maciej Jąder, który zarzucił gospodarzom celowo psucie nawierzchni, bo ich drużyna przegrywała.

-Słyszałem te słowa, ale my nie możemy robić sami, czego tylko chcemy. Decyzje należą do sędziego i komisarza toru. Ja mogę jedynie podpowiadać i to starałem się robić. Teraz gdy rozmawiamy już chwilę po zawodach, to ten tor wygląda lepiej, ale drugi deszcz popsuł nam robotę. Chcieliśmy dojechać te zawody do końca – przyznaje Staszewski.

-Sytuacja wygląda tak, że spadł pierwszy później, a odbyło się jury, po którym staraliśmy się doprowadzić ten tor do normalności. Szczotki średnio działały, więc założyliśmy łyżkę i skośną szynę. Plan był taki, by to błoto ściągnąć, wyrzucać je na przeciwległej prostej i wywieźć z toru. Przyszedł jednak drugi deszcz i w połowie pracy nasze wysiłki poszły na marne – wyjaśnia Staszewski.

Nie brakuje jednak głosów, że na tor nie należało wjeżdżać ciężkim sprzętem, lecz po prostu poczekać około 20 minut i wtedy nawierzchnia nadawałaby się do rywalizacji. – Szeroko była maź, a krawężnik był zalany. Czy to było lepsze rozwiązanie? Nie wiem. Teraz możemy sobie gdybać. Takie były decyzje. W tamtej chwili w mojej ocenie były mądre, ale przyszedł drugi deszcz i nam przeszkodził – podsumowuje Staszewski.

reklama