Łukasz Majewski nosił się z zamiarem zakończenia kariery, ale zaskoczył wielu, kiedy 8 stycznia zakomunikował, że zawiesza buty na kołku. – Żaden moment nie byłby na to dobry. Na moją decyzję złożyło się kilka czynników. Dojrzewałem do tej chwili – wyjaśnia popularny „Maja”, który otrzymał propozycję pozostania w BM Slam Stali w innej roli.
Kiedy oficjalnie kończyłeś karierę sportową przed meczem BM Slam Stali z Anwilem Włocławek, zakręciła ci się łezka w oku?
– Na pewno. Zrobiło się trochę przykro. Wszystko się szybko działo. Fajnie to wyglądało. Bardzo dziękuję za tą ceremonię. Byłem bardzo wzruszony. Otrzymałem wspaniałe prezenty. Będę musiał na to wszystko przygotować nową większą półkę.
Szczególnie na puchar za wicemistrzostwo Polski. To przecież najcenniejsze trofeum w historii ostrowskiej koszykówki…
– Jestem bardzo zaskoczony tym prezentem. Zobaczymy, jak to wszystko się rozwinie. Myślę, że dla takiego pucharu musi być godne miejsce. Będę jeszcze rozmawiał z prezesami. Być może znajdziemy jakieś godne miejsce na to po modernizacji hali w klubowej gablocie.
Kiedy 8 stycznia klub zakomunikował, że kończysz karierę, było to dla wszystkich zaskoczenie. Takiej decyzji chyba nie podjąłeś spontanicznie, tylko do niej dojrzewałeś?
– Były dywagacje na ten temat już wcześniej. Pewne rozmowy się odbyły. Nigdy na to nie byłoby dobrego momentu. Gdybym doczekał końca sezonu, pewnie znalazłyby się osoby, które powiedziałyby – zagraj kolejny.
Co było decydujące, że akurat ten moment wybrałeś na koniec kariery?
– Wszystko po trochu. Na pewno zdrowie, przez które człowiek nie może już dawać tyle, ile dawał kiedyś drużynie i to go po części boli. Nie mam ambicji tylko by być w tym zespole. Chciałem nadal coś dawać drużynie. Poza tym sytuacja w klubie, za co bardzo dziękuję, przekonała mnie, że to właściwy moment. Nie było tak, że pozbywa się mnie, bo kończę karierę sportową. Klub dał mi możliwość, że mogę tutaj pozostać, pracować i być w koszykówce. Stanowisko nie jest jeszcze określone. Myślę, że najbliższe pół roku będzie takim okresem mojego wprowadzenia w struktury klubu. Na dobre chcemy ruszyć od przyszłego sezonu. Czekamy też na to, co się stanie z halą itd. Uznałem, że to właśnie dobry moment na zakończenie kariery. Bardzo długo rozmawialiśmy z prezesem na ten temat. Następnego dnia po ogłoszeniu mojej decyzji, prezes już widział, że chyba była to słuszna decyzja, bo ja też odżyłem, widząc nowe cele i wyzwania.
Czyli nie było tak, że po ostatnim meczu ze Spójnią, w którym nawet przez moment nie wyszedłeś na boisku, poczułeś, że twój czas w tej drużynie dobiega końca?
– Nie, broń Boże. W ogóle ta sytuacja nie miała wpływu. To czy grałem więcej, czy mniej, kompletnie nie wpływało na decyzję.
Dzięki temu ostatni mecz, w którym zagrałeś, to pojedynek z Polskim Cukrem Toruń, w którym rzucałeś na stuprocentowej skuteczności…
– I niech już tak w historii zostanie. Patrzmy na te wszystkie pozytywy, a nie negatywy. Niech te dobre rzeczy zostaną w pamięci kibiców.
Jak się oglądało mecz BM Slam Stali z Anwilem z trybuny honorowej?
– Bardzo dziwnie. Siedząc tam i oglądając mecz z innej perspektywy można wytłumaczyć, dlaczego sędzia tak zagwizdał, dlaczego akcja potoczyła się tak, a nie inaczej.
Możesz na bieżąco analizować grę zespołu, bo przecież doskonale znasz taktykę i jak to wszystko funkcjonuje od kuchni?
– Dokładnie. Nie jest to też proste. Czasami też coś umknie, gdy ogląda się mecz na żywo. Najprościej jest usiąść przed stucalowym telewizorem i analizować na stopklatce. Wtedy jest to prostsze. Słowem, mecz z trybun ogląda się dziwnie, ale też przyjemnie.
W jaki sposób oświadczyłeś kolegom swoją decyzję o zakończeniu kariery? Oni się czegoś domyślali, czy było to dla nich zaskoczeniem?
– Jakieś tam wspominki o tym były. Myślę jednak, że co niektórzy do końca nie wierzyli, że to się skończy akurat w tym momencie. Później doszło do sytuacji, że przyszedłem się pożegnać przed treningiem. Wtedy było na pewno zaskoczenie. Wiem, że to nie są fajne sprawy. Z drugiej strony miło jest, kiedy teraz ktoś mi mówi, że brakuje mnie na treningach.
Opaskę kapitana przekazałeś w godne ręce. Michał Chyliński gra jeden z najlepszych sezonów w karierze…
– Michał jest bardzo dobrze przygotowany do sezonu. Dużo pracuje z Arturem Packiem, za co trzeba go też pochwalić. Te wszystkie dodatkowe ćwiczenia, które wykonuje, przekładają się na grę na parkiecie.
Wiemy, jak zakończyłeś karierę sportową. Powiedz, jak zaczęła się przygoda z koszykówką?
– Pierwszy trening w zasadzie odbył się w szkole na zajęciach SKS i nic nie ujmując, trudno to nawet nazwać treningiem. Pierwszy poważny trening miał miejsce dopiero w szkole średniej. Zabrali nas po egzaminach szkolnych do szkoły średniej i powiedzieli, że mamy przychodzić do tego, a nie innego klubu.
Wcześniej trenowałeś tylko w szkole?
– Tak. Nawet trudno to nazwać treningiem. Dopiero w klubie poznałem, co znaczy prawdziwe trenowanie. Na dobre zacząłem trenować w wieku 15-16 lat.
Stosunkowo późno…
– Bardzo późno, porównując do tego, w jakim obecnie wieku dzieci zaczynają uczyć się gry w koszykówkę. Żałuję, bo im wcześniej się zacznie, tym dalej można zajść. Pewne nawyki zostają i ciężko przeskoczyć pewne braki techniczne. Bardzo ciężko je wyeliminować.
Trzynaście lat grałeś na poziomie ekstraklasy. Najpiękniejszy okres związany jest z Ostrowem?
– Na pewno. Owocem tego są dwa medale. Przez ostatnie dwa lata oraz te pół roku obecnego sezonu drużyna znajduje się cały czas w czołówce tabeli. Wspomnienia są naprawdę miłe, tym bardziej, że tutaj zostaję i będę nadal mieszkał w Ostrowie. To, że kończę sportową karierę, nic nie znaczy. Nadal utożsamiam się z tym klubem. Będę całe życie to robił, bo stąd jestem w tej chwili.
Nie byłoby cię teraz tutaj, gdyby nie gra w Ostrowie ponad 10 lat temu w ówczesnej Stali, kiedy to poznałeś swoją przyszłą żonę?
– Oczywiście. Wielu osobom należy dziękować za to, że mnie tu ściągnęły, ale kluczowa jest moja żona, którą bardzo kocham. To ona jest głównym powodem, dla którego te 10 czy 11 lat temu zawitałem do Ostrowa. Dzięki niej otworzyły się dla mnie pewne znajomości. Ludzie mnie też poznali, a później swoją ciężką pracą doszedłem do tego miejsca.
Miałeś także epizod związany z reprezentacją Polski. Rozegrałeś kilkanaście spotkań z orzełkiem na piersiach. Jak wspominasz ten okres?
– W trakcie jednych eliminacji za czasów trenera Igora Griszczuka. To było po sezonie spędzonym w Polpharmie, z którą zdobyłem brązowy medal. Miałem wtedy bardzo pracowite wakacje. Nie było żadnej przerwy, tylko przez 24 miesiące bez przerwy grałem w koszykówkę. Pierwszy raz wtedy zobaczyłem, jak wygląda życie kadrowicza.
I jak to faktycznie wygląda?
– Nie byłem już tak zazdrosny wobec chłopaków, którzy przez 10 lat z rzędu jeździli na kadrę. Gra w reprezentacji Polski to ogromny zaszczyt i honor, ale równie wielkie wyrzeczenia. Naprawdę, proszę mi wierzyć.
A teraz ta nowa rola w klubie? Będziesz pracował z młodzieżą?
– Nie jest to jeszcze sprecyzowane. Będę chciał zobaczyć, jak to do tej pory wygląda w Ostrowie. Cała ta moja nowa rola zostanie określona w momencie, gdy powstanie hala po tym sezonie. Teraz mam 5 miesięcy na to, żeby wprowadzić się w pracę w klubie, zobaczyć, jak on funkcjonuje. Doradzić, co można zrobić lepiej. To mogę przekazać na podstawie własnych doświadczeń i kilkunastu lat spędzonych na boisku.
Masz już rozeznanie, jak wygląda szkolenie dzieci i młodzieży w Ostrowie?
– Będę się w to wdrażał. Pewnie jakieś rozeznanie mam. Wiem, że UKS-y działają przy szkołach. Jest Kaspro, Olimpijczyk, Piątka itd. Brakuje tego łącznika do dorosłej koszykówki. Fajnie byłoby mieć takie zaplecze przy klubie z ambicjami, by ta młodzież mogła kiedyś zapukać do ekstraklasy. To są plany na przyszłość, żeby to wszystko odpowiednio poukładać. (m)






