Wszyscy mówią na niego Mike Scott, a w zasadzie nazywa się Michaelyn Duane Scott. – Łatwiej jest wymówić i napisać imię Mike niż moje prawdziwe imię, które mam zapisane w paszporcie – śmieje się Amerykanin. Koszykarz BM Slam Stali w trakcie sezonu przeszedł prawdziwy rollercoaster. Zaczął świetnie, ale później, gdy przestał trafiać, stracił sympatię kibiców. Zarówno fani, jak i dziennikarze odsyłali Scotta do domu. Póki co jednak nadal gra w drużynie wicemistrza Polski.

Mike Scott jest najlepszym przykładem, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ. Kiedy trafiał i ciągnął grę drużyny, był kochany i uwielbiany. Owszem, od początku wytykano mu, że nie jest klasycznym rozgrywającym, a bardziej rzucającym, ale dopóki trafiał, a zespół wygrywał, nie miało to większego znaczenia. Problem zaczął się w momencie, gdy Scott stracił dyspozycję rzutową. W Gdyni grał bardzo samolubnie. Oddał 19 rzutów, a trafił zaledwie 4. Praktycznie od tego meczu zaczął się problem. W kolejnym meczu w Szczecinie zagrał nieźle, ale ostatni pojedynek w ubiegłym roku z Treflem Sopot w Ostrowie, na wyjeździe w Toruniu, u siebie ze Spójnią i Anwilem, a także w Radomiu były fatalne. Po meczu z mistrzem kraju w obronę Scotta brał trener Kamiński.

reklama

– To, że jest obcokrajowcem, nic nie znaczy. Czasami obcokrajowiec zarabia znacznie mniej niż większość Polaków – tłumaczył trener BM Slam Stali.

Scott nie miał w tym momencie łatwo. Nie miał za sobą kibiców, którzy wymownie reagowali, gdy trener sadzał go na ławce. Nie oszczędzali go też dziennikarze. Statystyki nie kłamią, a te nie przemawiały za Scottem. Wszyscy pytali, kiedy Amerykanin zostanie zwolniony z drużyny, która ma ambicje walki o wyższe cele niż sam udział w play-offach. Spokój zachowuje trener i władze klubu.

– Aarona Johnsona swego czasu też wszyscy już zwalniali z Ostrowa, a później stał się naszym generałem i gwiazdą ligi – przypomina trudne początki poprzedniego rozgrywającego BM Slam Stali w polskiej lidze prezes ostrowskiego klubu.

Scott na początku sezonu bywał uśmiechnięty i bardziej otwarty na ludzi. Kiedy zaczęła się nagonka na niego, zamknął się w sobie. Mimo wszystko miał zaufanie trenera, z którym dużo rozmawiał. Bronili go również koledzy z drużyny.

– Nie powiem złego słowa na Mike’a. Po prostu dużo rzuca, bo taki ma styl gry. Kiedy trafiał i czasami w pojedynkę rozstrzygał losy spotkania, nikt nie miał do niego pretensji. Zanotował lekki dołek, ale nie można od razu go skreślać – tłumaczył Michał Chyliński, nowy kapitan BM Slam Stali.

Mike Scott może być mylony z innym koszykarzem o tym samym imieniu i nazwisku. Chodzi mianowicie o Mike Scotta, występującego aktualnie w NBA w drużynie Los Angeles Clippers. Nazwisko i imię to samo. Wygląd jednak diametralnie różny. „Nasz” Mike Scott to filigranowy, mierzący jak na koszykarza zaledwie 188 centymetrów rozgrywający. Mike Scott z NBA to mierzący ponad dwa metry skrzydłowy, który imponuje nie tylko warunkami fizycznymi, ale również charakterystycznymi tatuażami. Jak zatem ich odróżnić?

– Najlepiej używać mojego pełnego imienia i nazwiska, a nie skrótu Mike – śmieje się Mike Scott z BM Slam Stali. – Można także dodać aktualny zespół, w którym gram. Jeśli ktoś szuka mnie w internecie, powinien wpisać w wyszukiwarkę Mike Scott i nazwę drużyny. W innym przypadku pierwszy w wynikach wyszukiwarki pojawi się Mike Scott z NBA.

To dlaczego 26-latek nie używa pełnego nazwiska, które widnieje w paszporcie? Ba, nawet na oficjalnej stronie Polskiej Ligi Koszykówki widnieje jako Mike Scott, a nie Michaelyn Duane Scott.

– Tak naprawdę nikt do mnie nie zwraca się moim prawdziwym imieniem. Wszędzie gdzie grałem, skracano moje imię i nazwisko. Tak było w Chorwacji i na Litwie. O ile dobrze pamiętam, wszystko zaczęło się w college’u. Wygodniej pisać Mike niż Michaelyn Duane Scott – zaznacza koszykarz.

Problem z identyfikacją obu koszykarzy o tym samym nazwisku mógłby się pojawić, gdyby grali w tej samej lidze. Póki co jednak, chyba niewielu kibiców w Ostrowie byłoby w stanie uwierzyć, że Mike Scott trafi kiedyś do ligi NBA.

– Marzę o tym od dziecka. Miałem bodaj sześć lat, kiedy zacząłem pasjonować się koszykówką i ligą NBA. Dziękuję Bogu, że mogę robić to, co kocham. Basket to prawie całe moje życie. Chcę się rozwijać i grać jak najdłużej. Wierzę, że kiedyś uda mi się spełnić dziecięce marzenie o grze w NBA. Zdaję sobie sprawę, że czeka mnie długa droga, ale nie poddaję się i walczę – mówi zawodnik urodzony w stanie Oklahoma, ale wychowany w Los Angeles.

– Urodziłem się w Tulsie, ale wychowałem w LA. Pochodzę z dużej rodziny. Mam siostrę i dwóch braci – dodaje.

Jego koszykarskim idolem jest zdań Allan Iverson. Kiedy mówi o tym zawodniku, widać w jego oku charakterystyczny błysk.

–Idol, inspirator, bohater. Można długo wymieniać. Uważam go za najlepszego koszykarza w historii. Zważywszy na to, że jest niższy ode mnie, a zaszedł tak daleko, to niesamowita historia. Iverson to żywy dowód na to, że od zera można dojść na szczyt. Talent musi być oczywiście poparty ciężką pracą. Moim zdaniem to jedyny w swoim rodzaju zawodnik. Dla mnie wielki idol i mentor – podkreśla Scott, który ma kolegów w lidze NBA.

– Zach LaVine, gracz NBA to mój kumpel. Znamy się od trzech lat. Poznaliśmy się przez naszego wspólnego znajomego, z którym Zach grał razem na studiach. dużo wspólnie trenowaliśmy i bardzo się polubiliśmy. Trzymam za niego kciuki i marzę, by samemu kiedyś dołączyć do NBA – podkreśla Scott.

Na razie trudno przewidzieć, jak dalej potoczy się zawodowa kariera młodego i na dorobku koszykarza ze Stanów Zjednoczonych. Najbliższe tygodnie pokażą, czy utrzyma zaufanie trenera i zarządu BM Slam Stali, czy też w momencie znalezienia nowego rozgrywającego Scott będzie sobie musiał szukać nowej pracy.

Bez dwóch zdań 26-latek jest bardziej rzucającym niż rozgrywającym i kto wie, czy przy innym playmakerze nagle nie pokaże pełni swoich umiejętności rzutowych? W drużynie, która nie walczy o najwyższe cele i która nie stara się grać w miarę poukładanej koszykówki, Mike Scott byłby może i gwiazdą. W BM Slam Stali na początku błysnął i imponował statystykami. W meczach z czołówką już tak różowo nie było.

Dalszy rozwój jego kariery może zależeć od tego, jak poradzi sobie z kryzysem. Czy wyjdzie z niego i znów rozkocha w sobie kibiców, czy też może przylgnie do niego łatka tego, który nie poradził sobie do końca w przeciętnej – jak na warunki europejskie – lidze polskiej? Przekonamy się o tym wkrótce. (m)

reklama