Budynki obozu w Berezie Kartuskiej. Źródło: AAN

Więzienie w Berezie Kartuskiej różnie nazywano. „Miejscem Odosobnienia”, jak w tytule dzisiejszej rozprawki, także „obozem pracy przymusowej”, ale także „obozem koncentracyjnym”. Bez znaczenia. Jedno jest pewne! W niniejszej, bardzo dzisiaj wyboistej „drodze przez niepodległość”, przedstawię jedną z najczarniejszych kart w historii II RP.

Kto wymyślił Berezę Kartuską?

15 czerwca 1934 r. w wyniku ran odniesionych w zamachu zmarł wicepremier, minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki. Piłsudski, nie zważając, że wszystkie tropy do organizatorów mordu prowadzą wprost do Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i jej herszta Stepana Bandery, próbował zrzucić odpowiedzialność za ten akt terroru na członków i sympatyków Narodowej Demokracji. Piłsudski perorował: „Prywislyncy” – tak pogardliwie nazywał Marszałek endeków, co miało znaczyć, iż są na usługach Rosji – „gdy okaże się prawdą [że stoicie za zamordowaniem Pierackiego – przyp. M.R.], ja was każę siec batogami, ja was każę ze skóry obdzierać. Ja każę nikogo nie żałować, ni kobiet, ni panienek! Ja wyplenię prywislinskie nasienie i z Prywislinja i z Galizien, i z Posen!”. Ostatecznie, to nie endecy, ale dwunastu działaczy OUN ze Stefanem Banderą na czele, stanęło przed sądem. Nikogo nie wybatożono, nikogo nie obdarto ze skóry. Orzeczono trzy wyroki śmierci, jedno dożywocie oraz kary16-17 lat więzienia. Potem wyroki śmierci zamieniono na więzienie, a wszyscy bandyci w 1939 r. zostali wypuszczeni przez Niemców na wolność.  „Jeśli teoria [że Pierackiego zabili endecy] nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów” – pomyślał prawdopodobnie Leon Kozłowski (1892-1944) jeden z najbardziej oddanych sanacyjnych sługusów Piłsudskiego, sprawujący od 15 maja 1934 r. do 28 marca 1935 r. funkcję premiera rządu RP i niewiele myśląc zaproponował Piłsudskiemu utworzenie obozu, do którego miałyby trafiać osoby niebezpieczne dla państwa. Piłsudski jakby tylko czekał na taką propozycję i nadał sprawie ekspresowo bieg urzędowy. Bez zwłoki, bo już 17 czerwca 1934 r. ukazało się Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej w sprawie osób zagrażających bezpieczeństwu, spokojowi i porządkowi publicznemu. Następstwem rozporządzenia było utworzenie obozu w Berezie Kartuskiej. Bicz na wszelakiej maści przeciwników politycznych sanacji został ukręcony! 

reklama

Rozporządzenie Mościckiego…

… lapidarne w formie i treści (zaledwie 6 artykułów zapisanych na jednej kartce formatu A-4) nie pozostawiało złudzeń, że II RP wkroczyła ostatecznie na drogę wydeptaną przez inne totalitarne systemy tak dobrze znane z teraźniejszości (bolszewicka Rosja, III Rzesza). Art. 1 stanowił: „Osoby, których działalność lub postępowanie daje podstawę do przypuszczenia, że grozi z ich strony naruszenie bezpieczeństwa, spokoju lub porządku publicznego, mogą ulec przytrzymaniu i przymusowemu umieszczeniu w miejscach odosobnienia, nie przeznaczonych dla osób skazanych lub aresztowanych z powodu przestępstw”. Art. 2 dodawał: „Zarządzenie co do przytrzymania i skierowania osoby przytrzymanej do miejsca odosobnienía wydają władze administracji ogólnej. (…) Postanowienie o przymusowem odosobnieniu wydaje sędzia śledczy na wniosek władzy, która zarządziła przytrzymanie; uzasadniony wniosek tej władzy jest wystarczającą podstawą do wydania postanowienia” a art. 4 nie zostawiał już żadnej wątpliwości, że można trafić do „miejsca odosobnienia” właściwie bezterminowo: „Odosobnienie może być orzeczone na trzy miesiące; może być przedłużane w związku z zachowaniem się odosobnionego na dalsze trzy miesiące, (…)”no i tak w nieskończoność. Jak widać od 17 czerwca 1934 r. wystarczyło w II RP, że jakaś władza administracyjna, nawet niskiego szczebla, złożyła przypuszczenie na piśmie do właściwego do miejsca zamieszkania ofiary sądu okręgowego i sędzia śledczy miał obowiązek wysłać takiego nieszczęśnika do miejsca odosobnienia. Nie były potrzebne żadne bezpośrednie dowody, że wskazany obywatel w jakikolwiek faktyczny sposób naruszył „bezpieczeństwo, spokój lub porządek publiczny”. Wystarczyło, że np. słowem lub gestem wyraził swoją dezaprobatę wobec sanacyjnego reżimu i wysyłka „na białe niedźwiedzie”, w tym wypadku do Berezy Kartuskiej, stawała się faktem. Bez procesu, bez wyroku sądowego, bez prawa do obrony. A rozporządzenie z 17 czerwca 1934 r. stanowiło na dodatek,że na postanowienie sędziego środki odwoławcze nie przysługiwały. Rozporządzenie, obok prezydenta Ignacego Mościckiego, co trzeba przypomnieć, podpisali, okrywając się wieczystą hańbą na kartach historii Polski: „Prezes Rady Ministrów Minister Spraw Wewnętrznych: Leon Kozłowski, Minister Spraw Zagranicznych: Józef Beck, Minister Spraw Wojskowych: Józef Piłsudski, Minister Skarbu: Włodzimierz Zawadzki, Minister Sprawiedliwości: Czesław Michałowski, Minister Wvznań Religijnych i Oświecenia Publicznego: Wacław Jędrzejewicz, Minister Rolnictwa i Reform Rolnych: Nakoniecznikow – Klukowski, Minister Przemysłu i Handlu: H. Floyar Rajchman, Minister Komunikacji: M. Butkiewicz, Minister Opieki Społecznej: Jerzy Paciorkowski, Minister Poczt i Telegrafów: Kalinski”. Rozporządzenie oczywiście nie określało jak mają być traktowani „odosobnieni” i najgorsze dopiero teraz miało nadejść!

W obozie…

Obóz odosobnienia zadekretowany 17 czerwca 1934 r. został ostatecznie zlokalizowany w Berezie Kartuskiej w ówczesnym powiecie prużańskim, województwo poleskie (obecnie terytorium Białorusi) i działał do 1939 r. Według historyka Andrzeja Garlickiego obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej był wzorowany na niemieckim obozie koncentracyjnym KL Dachau (utworzonym wiosną 1933 roku). Więzienie w Berezie Kartuskiej organizowali: dyrektor Departamentu Politycznego w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Wacław Żyborski oraz naczelnik Wydziału Narodowościowego w tymże departamencie płk Leon Jarosławski. Nadzór nad obozem sprawował wojewoda poleski płk Wacław Kostek-Biernacki, często utożsamiany z jego komendantem. Faktycznymi komendantami byli inspektorzy policji Bolesław Greffner z Poznania (formalnie do 12 grudnia 1934), a po nim Józef Kamala-Kurhański. Zdaniem Wojciecha Śleszyńskiego, autora książki „Obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej 1934–39”, jednym z celów obozu „było odczłowieczenie i upodlenie ofiar. Ścieżki zdrowia, znieważanie, ordynarne wyzwiska, bicie, karcery… Zaraz po przybyciu do obozu, spisaniu personaliów i pobraniu odcisków palców odbywała się „inauguracyjna ścieżka zdrowia”. Po pierwszym biciu więźniowie dowiadywali się, że „w miejscu odosobnienia panuje bezwzględna cisza, to znaczy (…) – że nie wolno wam sk…syny, słowa wypowiedzieć. Jesteście niemi. Dość pyskowaliście na wolności (…), każdy rozkaz musi być wykonany szybko i ochoczo, to znaczy, że nie wolno aresztowanemu nawet trzech kroków zrobić zwykłym krokiem (…), my wam pokażemy w Berezie amerykańskie tempo. Potem było o zakazie: modlitwy, noszenia symboli religijnych, czytania gazet, palenia, widzenia z rodziną, dostawania paczek. W końcu zapoznawano więźniów z systemem kar i rygorów: pięcio lub siedmiodniowy wilgotny karcer, głodowe racje [żywnościowe], korzystanie raz na dobę z ubikacji (odliczano wtedy czas: raz, dwa, trzy, trzy i pół, cztery i następny dostawał też cztery sekundy – opisał Stanisław Cat-Mackiewicz – także więziony w Berezie Kartuskiej), czyszczenie ubikacji rękami, praca przy „kompoście”, to znaczy więźniowie ugniatali rękami i nogami słomę z ekskrementami. Najgorzej więźniowie wspominali gimnastykę, a już zwłaszcza na „podchorążówkę” – „podchorążym” kazano czołgać się koło ustępów, dokładnie w miejscach, gdzie wypływały nieczystości lub na sali z pięciocentymetrową warstwą cementu na podłodze. Bicie, poniżanie, wyzwiska były na porządku dziennym, zdarzały się pozorowane egzekucje”. Za uchybienia w pracy więźniowie dostawali chłostę lub od 5 do 50 uderzeń w twarz. Jedynie prawdziwi kryminaliści, którzy odsiadywali tam wyroki byli dobrze traktowani, lepiej jedli i nie byli upokarzani”.

Epilog

Dokumentacja Berezy Kartuskiej została zniszczona, dlatego nie wiadomo ilu więźniów przeszło przez jej kazamaty. Historycy podają liczby od 3 do nawet 10 tysięcy. Ofiar śmiertelnych, wspomniany Wojciech Śleszyński naliczył zaledwie 13, ale było ich z pewnością więcej. Przez obóz przeszli nie tylko działacze Narodowej Demokracji w tym głownie z Obozu Narodowo-Radykalnego (np. Bolesław Piasecki), ale także członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (np. Roman Szuchewycz, późniejszy oprawca Polaków na Wołyniu), Komunistycznej Partii Polski (np. Roman Zambrowski), Stronnictwa Ludowego a nawet Polskiej Partii Socjalistycznej i sympatycy Józefa Piłsudskiego jak publicysta i redaktor wileńskiego „Słowa”, uwięziony za krytykę polityki zagranicznej rządów sanacyjnych Stanisław Cat-Mackiewicz. Więcej na temat obozu w Berezie Kartuskiej – zob. Wojciech Śleszyński, „Obóz odosobnienia w Berezie Kartuskiej 1934–39”!

Maciej Rysiewicz

reklama