Ostrowski podróżnik przemierzył na dwóch kółkach Australię, pokonując w ciągu 39 dni 4552 kilometry. Dalekiej eskapadzie przyświecał szlachetny cel. Globtroter zebrał bowiem w ten sposób 17 tysięcy złotych dla zmagającej się z poważną chorobą Hani.
Wojciech Gawroński to prezes Stowarzyszenia „Rower to jest świat”. Niedawno przemierzył Pamir, w centralnej Azji. Wcześniej w dwóch etapach pokonał wzdłuż i wszerz Amerykę Północną. Ma na koncie także wyprawę do Maroka oraz niezliczone podróże po Polsce. Jednak wyprawa na antypody była dla niego największym wyzwaniem i jednocześnie jednym z największych marzeń.
Żar z nieba, klify i kangury
Przygotowania rozpoczął już z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Swoją podróż rozpoczął w Sydney, gdzie zameldował się w Konsulacie Generalnym RP i spotkać się przy grillu z Polakami mieszkającymi w tym mieście. Potem rozpoczął już jazdę w kierunku odległego o 900 kilometrów Melbourne, oglądając egzotyczne krajobrazy i dziką przyrodę. Wszystko w środku australijskiego lata, przy temperaturach dochodzących w środku dnia do 40 stopni. Stąd start z reguły następował równo ze wschodem słońca, aby nie kręcić w najgorszy upał. Nie zawsze to się udawało. Już po czterech dniach zaczęły się dawać we znaki deszcze. Siódmego dnia ostrowianin przekroczył granicę stanu Nowa Południowa Walia i Wiktoria. Jeszcze przed Melbourne, dzięki gościnności rodaków, zrobił sobie w ich domu całodzienny odpoczynek, regenerując siły.
Po wjeździe na drogę Great Ocean Road, w miejscowości Torquay, rozpoczął się piękny etap podróży. W Bells Beach Wojtek przywitał się z Oceanem i pierwszymi surferami. Potem kolejne kurorty z bardzo dużą ilością turystów Trasa przez Great Otway National Park, drogą 12 Apostołów z widokami na klify – to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widział do tej pory. Kangury, będące symbolem Australii, owszem – były. Można je było zobaczyć, ale z daleka. Są bardzo płochliwe, niczym nasze sarny.
– W 15. dniu dopada mnie delikatny kryzys. Kilka miejsc w moim ciele odmawia posłuszeństwa. Na szczęście mija to dość szybko. Za dnia bardzo przyjemnie, bo nie ma upałów ale nad ranem wstaje się ciężko. Zwijanie mokrego namiotu w temperaturach około 10-12 stopni nie należy do najprzyjemniejszych – relacjonował podróżnik.
Przez wielką równinę do Perth
Drugi etap podróży zakończył się 20. dnia w Adelaide, po zmaganiach z silnym wiatrem i bólem pleców. Od tego momentu konieczne stało się zabieranie ze sobą większych zapasów wody i jedzenia. A to z uwagi na ogromne, puste tereny. Kilka kolejnych deszczowych dni sprawiło, że na kempingach trzeba było używać automatycznej suszarki, by przywrócić do stanu używalności ubiór i obuwie. Najtrudniejszym odcinkiem całej przygody był fragment Ceduna – Norseman. To 1200 kilometrów bez sklepów, z samymi tylko stacjami benzynowymi i bardzo kiepskim internetem. Rozciąga się tam jedna z największych na świecie równin bez drzew, jedynie z niskimi krzewami i trawami, gdzie nie sposób schronić się przed słońcem. Trzeba było po trzy razy w ciągu dnia rozbijać namiot, żeby mieć cień i odpocząć od natrętnych much. Spore odcinki nadawały się do przejechania jedynie nocami. Przez kilka ostatnich dni trasa prowadziła przez stan Australia Zachodnia. Lekki niepokój wzbudziła prognoza pogody, informująca o zbliżającym się cyklonie Narelle. Stąd mobilizacja i ustanowienie rekordowego dystansu dziennego (181 km). A przy okazji przejechanie najdłuższej prostej drogi Australii (146,6 km), już przy wietrze w plecy i mniejszym słońcu, czyli w idealnych warunkach dla rowerzysty.
Esperance było ostatnim już miasteczkiem, skąd Wojciech Gawroński dostał się busem do Perth. Tam spędził święta u polskiej rodziny. Następnie wyruszył samolotem w podróż do Polski. Zdecydował się na lot przez Dubaj i wbrew obawom, wszystko przebiegło bez zakłóceń. Po wylądowania na Okęciu do Ostrowa dotarł już pociągiem. Cała podróż powrotna zajęła ponad dobę. Relację z wyprawy podróżnik zamieszczał na bieżąco w swoich mediach społecznościowych. Tam również można było śledzić, jak przebiega zbiórka środków na leczenie Hani. Dzięki wsparciu sponsorów udało się zgromadzić 17 tysięcy złotych dla 3,5-letniej dziewczynki z gminy Nowe Skalmierzyce. Cierpi ona na rzadką i nieuleczalną chorobę genetyczną. Mimo intensywnej rehabilitacji nadal nie potrafi samodzielnie siedzieć ani jeść. Od urodzenia karmiona jest sondą.
– Ogromne dzięki dla wszystkich, którzy dołożyli swoją cegiełkę do mojej przygody po Australii, dzięki której udało się uzbierać rekordową kwotę dla naszej małej wojowniczki – podsumował prezes Stowarzyszenia „Rower to jest świat”.
Fot. FB Rower to jest świat















