Taka sytuacja: uchodźczyni, będąca kierowczynią (kierownicą?) autobusu, starająca się o posadę kapitanki statku, prosi o pomoc ministrę infrastruktury… Powyższe zdarzenie, chociaż całkowicie fikcyjne, mogłoby przecież z powodzeniem wystąpić w rzeczywistości. Proszę przeczytać jeszcze raz. Dobrze brzmi?

Od dłuższego już czasu szalejąca głupota europejskiej lewicy kłuje w uszy także Polaków. Klasykiem tematu na miarę wzorca metra z Sèvres na zawsze już zostanie Joanna Mucha, która po objęciu w rządzie Tuska resortu sportu i turystyki prosiła dziennikarzy, by zwracać się do niej słowami „pani ministro”. Nikt nie wiedział, jak komentować tę prośbę. Śmiać się czy płakać? Myślę, że część osób podejrzewała, że to jakieś przejęzyczenie… A tu niespodzianka! Na dodatek pani ministra znalazła wielu naśladowców. I naśladowczyń oczywiście.

reklama

To jednak dopiero pierwsza fala nowomowy, którą zaatakowano tworzone przez stulecia podstawy języka polskiego. Nie wiedzieć skąd, w pierwszych miesiącach tego roku za modyfikowanie języka polskiego wzięli się… polscy dziennikarze. Z powodu ataku armii czerwonej na Ukrainę, liczba informacji poświęconych Ukrainie właśnie wzrosła i to bardzo znacząco. I nagle oprócz sporów w stylu jak pomagać naszemu wschodniemu sąsiadowi, jak bardzo się angażować, jak podejmować temat Rzezi Wołyńskiej, którą raz na zawsze trzeba umieścić także w książkach do nauki historii Ukrainy, niespodziewanie pojawiła się nowa dyskusja. Wojna jest na Ukrainie czy w Ukrainie? Pomoc jedzie na Ukrainę czy do Ukrainy?

Co bardziej tchórzliwi z łatwością sięgnęli po składnię nowomowy: bez oporów przychodzi im mówić, że coś się dzieje w Ukrainie oraz że prezydent RP pojechał na rozmowy do Ukrainy. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że w tych samych mediach być może nawet spod piór tych samych dziennikarzy wychodzą materiały o działaniach wojsk NATO na Litwie (a nie w Litwie) oraz o tym, co dzieje się z wojskami Łukaszenki na Białorusi (a nie w Białorusi).

Jestem jednak optymistą. Pamiętają państwo zidiocenie społeczeństwa po wprowadzeniu w życie przepisów RODO? Nagle rozpoczęły się dyskusje o niczym, czyli na przykład czy podawanie nazwisk na domofonie łamie prawa mieszkańców? Czy to narusza ich wolność? Doszło do tego, że w przychodniach wśród personelu pomocniczego pojawiły się wątpliwości potęgowane potencjalnymi karami za łamanie przepisów RODO. Anegdota mówi, że pani pielęgniarka, żeby uniknąć ujawnienia nazwiska pacjenta, zwracając się do osób oczekujących na wizytę zawołała „pan z syfilisem, proszę wejść!”

Jestem święcie przekonany, że ostatecznie natura się jednak obroni. Choćby dlatego, że debilizmy poprawności politycznej jest niezwykle łatwo odwrócić przeciwko ich zolennikom. I zwolenniczkom oczywiście. Na początek proponuję obejrzenie na YouTube dwuminutowego filmu sprzed kilku lat prezentującego doskonałe wystąpienie Steffena Königera, polityka AfD – Alternatywy dla Niemiec (wystarczy wpisać w wyszukiwarkę Königer about Gendermania).

Wszystkie te i wiele innych dziwadztw skazanych jest na porażkę. To nie tylko moja nadzieja, ale przekonanie, że tak właśnie będzie. Wiem, bo w poradni, którą ostatnio odwiedziłem, już zwrócono pacjentom godność. Godność, która chyba nie przez przypadek w języku polskim jest synonimem nazwiska.

Krzysztof Maciejewski

reklama