Sędziowie w trakcie meczu BM Slam Stali z Anwilem Włocławek kilka razy w dużo bardziej oczywistych sytuacjach korzystali z wideoweryfikacji. Dlaczego w dwóch akcjach, które decydowały o losach meczu nie obejrzeli powtórek? Po części to właśnie trójka rozjemców jest winna gorącej atmosfery po sobotnim meczu w hali przy ulicy Wrocławskiej.

reklama

Gdyby bowiem sędziowie obejrzeli powtórki dwóch kluczowych akcji i nawet podjęli takie same decyzje, kibice nie mieliby pewnie do nich takich pretensji, jak to miało miejsce po zakończeniu spotkania. BM Slam Stal rzuciła się w czwartej kwarcie w heroiczny wręcz pościg. Grała kapitalnie i mogła, a nawet powinna, bo na to w pełni zasłużyła, wygrać z naszpikowanym gwiazdami z NBA, Anwilem Włocławek.

Do największej kontrowersji doszło na 12,3 sekundy przed końcem meczu, gdy piłkę na połowie boiska wprowadzał Tony Wroten. Anwil miał problem ze wznowieniem gry. W końcu Amerykanin podał do Chrisa Dowe’a, a ten praktycznie już leżąc na parkiecie oddał piłkę do Wrotena. On z kolei wkopnął ją na swoją połowę. Dla wielu był to ewidentny błąd połowy, po którym piłka należała się ostrowianom. Jaką decyzję podjęli sędziowie? Odgwizdali faul Pauliusa Dambrauskasa na Wrotenie.

Koszykarz, który zanotował 18 asyst ustawił się na linii rzutów wolnych. Spudłował oba. Przy walce o zbiórkę po drugiej próbie doszło do „zapasów” pomiędzy Jarosławem Mokrosem i Chrisem Dowe. Sytuacja była bardzo trudna do oceny. Nawet w telewizyjnych powtórkach ciężko jest ocenić, kto kogo fauluje. Piłkę wybijał gracz Anwilu, ale trafił w Mokrosa, który znalazł się w tym momencie na linii. Arbiter bez żadnych wątpliwości i bez obejrzenia wideoweryfikacji wskazał na piłkę dla Anwilu.

Jak się to wszystko skończyło, doskonale wiemy. To pokazuje, jak wiele mogą w tej grze sędziowie i jak ogromna odpowiedzialność na nich spoczywa. Dlaczego zatem nie skorzystali w tak kluczowej sytuacji z wideoweryfikacji? Właśnie jej brak, a nie nawet sama decyzja na niekorzyść Stali, podgrzała niesamowicie atmosferę w hali. Sędziowie w asyście ochrony opuścili boisko, a służby porządkowe miały ogromny problem, by powstrzymać rozwścieczonych kibiców gospodarzy.

Zamieszanie zrobiło się również po drugiej stronie parkietu, gdzie musiała interweniować policja. Pojawił się tam nawet trener Anwilu, Igor Milicić, który zapytany na konferencji prasowej o jego ocenę tamtych wydarzeń dał do zrozumienia, że interwencja policji była niepotrzebna. – Policjanci zaatakowali chłopaka z naszej grupy kibiców, który był na podłodze. Zaczęli machać, uderzać. Moim zdaniem niepotrzebnie – odpowiedział Milicić.

Bez wątpienia wydarzenia z końcówki i meczu i po jego zakończeniu znajdą się w protokole komisarza PLK. Nie wiadomo na razie, jakie kary spotkają za to ostrowski klub. Nie można zapominać, że hala przy ulicy Wrocławskiej już dawno była na cenzurowanym u władz ligi. Szkoda, bo piękne sportowe widowisko wcale nie musiało kończyć się skandalem. Dobrze byłoby, żeby PLK wyciągnęła konsekwencję nie tylko wobec organizatorów, ale i arbitrów, którzy mając w tyle głowy gorącą atmosferę na trybunach, powinni w kontrowersyjnych sytuacjach, które ważą o losach meczu sięgać po wideoweryfikację. W końcu wymyślono ją po to, by minimalizować ludzki błąd.

Anwil wyrwał zwycięstwo (foto i wideo)

reklama