– Wszystkie papierowe rozważania sprzed sezonu wzięły w łeb. Liczy się to, co jest na torze – mówi Nicolai Klindt, który opowiada także o swoich początkach przygody z żużlem. Wspomina też o kontuzjach, które zahamowały mu karierę. Nie może natomiast nachwalić się ostrowskich kibiców. Cieszy się również z tego, że Stadion Miejski pięknieje z każdym rokiem.
Można powiedzieć, że wrócił stary, dobry Nicolai Klindt? 14 punktów w meczu z Orłem, to dorobek punktowy, do jakiego przyzwyczaiłeś kibiców przed rokiem, tyle tylko, że w drugiej lidze…
– Co tu dużo mówić. Czułem się wreszcie jak wtedy, w poprzednim sezonie. Cały czas miałem problem z dobrym dopasowaniem silników na ostrowski tor. Kiedyś byłem przecież na nim bardzo szybki. Po dosypaniu nowej nawierzchni szukałem i wreszcie znalazłem. Wcześniej bowiem nie było takiej szybkości, jak przed rokiem.
Co było kluczem do znalezienia tej szybkości?
– Dałem je do serwisu, do mojego tunera Petera Johnsa. Kiedy wróciły, było trochę lepiej, ale jeszcze nie to. Ponownie wróciły na serwis do tunera i kiedy trenowałem na nich przed tygodniem czułem, że wróciła szybkość z poprzedniego sezonu. Potwierdziło się to w meczu ligowym.
Tak z ręką na sercu, gdyby ktoś przed sezonem powiedział ci, że drużyna zajmie drugie miejsce po rundzie zasadniczej, uwierzyłbyś w to?
– Powiedziałbym przede wszystkim, że nie liczy się to, o czym spekuluje się przed sezonem widząc tylko papierowe składy, ale najważniejszy jest wynik na torze. Co z tego, że większość stawiała na finał Rybnik – Łódź. Rybnik, owszem, wygrał rundę zasadniczą, ale Łódź, choć ma dobry skład, pojedzie w barażach. A wracając do naszego zespołu, możemy być z niego dumni. Przed sezonem marzyliśmy o play-offach. Prezesi i trener mówili, by przede wszystkim spokojnie się utrzymać. A tu proszę, mamy drugie miejsce. Wszyscy wykonaliśmy kawał dobrej roboty.
Co powiesz o waszym półfinałowym rywalu w play-off, Car Gwarant Starcie Gniezno? To przeciwnik do pokonania?
– Zrobiliśmy to w rundzie zasadniczej, czemu nie zrobić tego ponownie. Wydaje mi się, że lepiej rywalizować z Gnieznem niż z Tarnowem. Unia dwukrotnie mocno się nam postawiła. W Gnieźnie niedawno pojechaliśmy dobry mecz i zremisowaliśmy. Nie wiem, może się nas trochę przestraszą po tym ostatnim meczu? Z drugiej strony, w żużlu może wszystko się zdarzyć, bo to bardzo nieprzewidywalny sport. Tutaj nie ma zdecydowanego faworyta. Musimy się skupić, żeby awansować do finału dla naszych kibiców. Ważny będzie wyjazd, ale przede wszystkim mecz na naszym torze.
A`propos kibiców, co pomyślałeś sobie, kiedy zobaczyłeś tylu waszych fanów w Gnieźnie?
– To było absolutnie niewiarygodne. Kapitalnie jeździło się słysząc na wyjeździe tak głośny doping kibiców. W Ostrowie też jeździliśmy przy pełnych trybunach. Widać, że miasto żyje żużlem i jest tu świetny klimat dla speedwaya. Cieszę się, że władze miasta inwestują w stadion, który pięknieje z roku na rok. Kibice w coraz lepszych warunkach mogą oglądać nasze mecze. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda się dokończyć modernizację tego obiektu i będziemy jeździć na pięknym stadionie. Według mnie mamy najlepszych kibiców w pierwszej lidze.
Zostawmy sprawy bieżące i porozmawialiśmy o twojej karierze. Kiedy zacząłeś swoją przygodę ze sportem motorowym? Jak w przypadku większości Duńczyków, byłeś wtedy dzieckiem?
– Pierwszy kontakt z motocyklem miałem w sierpniu lub wrześniu 1994 roku. Byłem wówczas niespełna sześcioletnim dzieckiem. Kolega mojego taty kupił swojemu synowi mały motocykl o pojemności 50 cc i dzięki temu również ja miałem szansę przejechania się na nim. Spodobało mi się to na tyle, że bodajże za tydzień zostałem członkiem miejscowego klubu. Jeździłem trochę na motocrossie i trochę na żużlu. Ścigaliśmy się na małych motorkach. W 1995 roku przyjaciel mojego ojca kupił mi motocykl. W ten sposób zacząłem regularnie jeździć. W 1997 roku zacząłem przygodę na motocyklach o pojemności silnika 80 cc. W 2003 roku przesiadłem się na klasyczny motocykl żużlowy, czyli popularne „pięćsetki”.
Od dziecka chciałeś być żużlowcem?
– Najpierw chciałem być piłkarzem. Trenowałem bardzo często grę w piłkę nożną. Równolegle zacząłem trenować jazdę na żużlu. Tata w pewnym momencie powiedział, że muszę wybrać, bo nie uda się łączyć trenowania tych dwóch różnych dyscyplin sportu, by w obu być dobrym. Wybrałem żużel. Tata zabierał mnie od dziecka na speedway. Od najmłodszych lat marzyłem, by być żużlowcem. Ten piękny sen trwa po dzień dzisiejszy.
Jak duży wpływ na twoją karierę miały kontuzje, które nie cię oszczędzały?
– Rzeczywiście miałem sporo kontuzji. Jeśli spojrzysz na moją karierę wstecz, byłem przecież jednym z najlepszych juniorów w Danii, a także może jednym z lepszych na świecie. W pewnym momencie byłem chyba w TOP5 na świecie. Miałem bardzo dobre sezony 2010 czy 2011, kiedy byłem już seniorem. Znajdowałem się wtedy w reprezentacji Danii. Niestety, przytrafił mi się groźny upadek, po którym miałem straszne problemy z barkiem. To był rok 2012. Przełożyło się to wszystko na sferę mentalną. Przestałem wierzyć w siebie, długo wracałem do formy i tak naprawdę sezon 2013 miałem fatalny. Zostawiłem to wszystko, co złe za sobą i rok 2014 miałem całkiem niezły. Podpisałem wtedy kontrakt w Rzeszowie w lidze polskiej. Pamiętam, że skorzystali z moich usług tylko trzy razy. Byłem zły, bo zainwestowałem ogromne pieniądze w silniki, jeździłem dobrze, a nie byłem zapraszany do Polski. Kolejne problemy przytrafiły mi się w sezonie 2015, kiedy znowu byłem kontuzjowany. Patrząc te kilka lat wstecz, miałem kontuzje w 2012, 2015 i 2017 roku. Jestem przekonany, że gdyby nie te kontuzje, byłbym w zupełnie innym miejscu, jako sportowiec niż jestem obecnie.
Żałujesz tych kilku straconych lat?
– Nie ma co żałować, bo wychodzę z założenia, że nie można się oglądać do tyłu i rozmyślać nad tym, co się straciło. Trzeba patrzeć do przodu i liczyć, że będzie lepiej. Wiem, że mogę jeździć na żużlu jeszcze lepiej niż to robię obecnie. Pozytywne myślenie to podstawa. Tak właśnie podchodzę do sportu i do życia.
Mieszkasz w Anglii, a nie w ojczystej Danii, dlaczego?
– Mieszkam w Anglii, bo po prostu częściej startuję na Wyspach Brytyjskich, choć nie ukrywam, że ciągnie mnie do Danii. Mam sześcioletnią córkę, która ma na imię Emily. Mam narzeczoną Sarę. Jest w tym samym wieku, co ja. Wraz z moją rodziną mieszkamy w Anglii. Często pytam moją narzeczoną, czy przeniesie się ze mną do Danii, ale ona nie bardzo skłania się ku temu.
Jak spędzasz wolny czas?
– Lubię się ruszać. Chodzę na fitness, a przede wszystkim uwielbiam spędzać czas z moją córką. To bardzo ważne dla mnie, by znajdować czas dla dziecka. Jestem zapracowanym facetem i często nie ma mnie w domu, ale kiedy tylko mam ten czas wolny, to staram się go w pełni poświęcać Emily. Czasami musisz po prostu zrelaksować się i w ogóle nie myśleć o speedwayu.
Masz jakieś hobby?
-Lubię grać na Playstation, ale szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy miałem na to czas. Lubię biegać, jeździć na rowerze, spędzać czas z przyjaciółmi i znajomymi. W sezonie jestem bardzo zapracowany i brakuje na to czasu. Zimą nadrabiam więc te zaległości.
Rozmawiał Maciej Kmiecik






